Ulubiony ździerak - Sakura Scrub od Rituals


Marka Rituals - chyba wszyscy z Was ją znają, przynajmniej ze słyszenia.
Ja właśnie odkrywam te kosmetyki, ku mojej wielkiej radości :) Jak się ostatnio okazało, mogę je kupić nie tylko on-line bądź na lotnisku, ale także w niemieckim Douglasie, który znajduje się niedaleko mnie :)



Bohater dzisiejszego wpisu - cukrowy scrub Rituals z serii Sakura z organicznym mlekiem ryżowym oraz z kwiatem wiśni, skradł moje serce już od pierwszego użycia. Dzięki niemu zmieniłam swoje podejście do ździeraków. Wcześniej peelingowanie ciała nie należało do moich ulubionych zabiegów kosmetycznych. Stosowałam peelingi bardziej z "obowiązku", niż z przyjemności. Od kiedy mam peeling Rituals, już nie mogę doczekać się kolejnego ździerania ;)



W wygodnym, plastikowym słoiku znajduje się 375 gramów tej wspaniałej masy cukrowej. Nie jest to taki zbity scrub, jaki niektórzy z Was znają z oferty Pat&Rub bądź z Organique. Wyobraźcie sobie wysokiej jakości cukier kryształ zatopiony w cudownie pachnącym i delikatnym olejku - właśnie taką konsystencję ma Rituals! Cukrowe drobinki świetnie trzymają się na ręcę, nie ma obawy, że część produktu wyląduje na podłodze ;) 

Drobinki nie należą do bardzo łagodnych, ale nie są także specjalnie ostre. Powiedziałabym, że są takie w sam raz :) 


Absolutnie nie należy bać się olejkowej konsystencji scrubu. Po jego zastosowaniu skóra pozostaje niezwykle gładka, świetnie nawilżona, odżywiona, z delikatną pielegnującą, ale nie tłustą, warstewką. Zastosowanie balsamu do ciała po zabiegu peelingowania jest zbyteczne. 

Co do samego zapachu, ja jestem nim zachwycona! Oczywiście upodobania zapachowe to kwestia bardzo indywidualna. Jednak produkty marki Rituals nie bez powodu znane są z niezwykle pięknych i niepowtarzanych kompozycji. 
Są to bardzo naturalne i kojące aromaty, nie ma tu mowy o chemicznym smrodku. Jestem pewna, że każdy z nas znajdzie w ofercie Rituals coś dla siebie. Ja kilka dni temu kupiłam sobie już kolejny scrub, tym razem z serii Good Luck o zapachu słodkiej pomarańczy i drzewa cedrowego :) 

Skład
Wiem, że w Polsce marka Rituals niestety nie jest jeszcze dostępna. Mam jednak wielką nadzieję, że to się szybko zmieni. A jeśli macie okazję i dostęp, szczerze zachęcam Was do wypróbowania tych scrubów! Rituals posiada w swojej ofercie nie tylko cukrowe, ale i także i solne scruby o niezwykle ciekawych kompozycjach :)


Balsam tonujący Gosh Gradual Tan

Wszelkie samoopalacze i inne poprawiacze koloru skóry nie są mi obce. Często sięgam po tego typu kosmetyki, i to już od wielu lat. Używałam zarówno tych z górnych półek, jak i tych tańszych, naturalnych, jak i tradycyjnych chemicznych. 
Za każdym razem sięgałam po inny produkt - właściwie samoopalacz z Ziaji jest jedynym kosmetykiem brązującym, do którego wracałam. 
Dziś chciałabym Wam opowiedzieć kilka słów o balsamie tonującym duńskiej marki Gosh, z którego jestem niezwykle zadowolona! No właśnie, nie jest to typowy samoopalacz, lecz jest kosmetyk dający stopniowy efekt brązowienia. 



Używając samoopalacza opalenizna pojawia się najpóźniej po kilku godzinach. Natomiast ten balsam należy nakładać codziennie, aż do osiągnięcia pożądanego efektu, u mnie zazwyczaj są to 2-3 dni.
Do tej pory miałam do czynienia jedynie z kolorówką marki Gosh - jest to moja ulubiona drogeryjna marka. Natomiast balsam ten kupiłam w ciemno, podczas mojego ostatniego urlopu w Polsce. Po kilku tygodniach mogę śmiało stwierdzić, że jest to świetny zakup! 

Przede wszystkim balsam tonujący ma tę przewagę nad typowym samoopalaczem, że nie śmierdzi. Nie ma tego charakterystycznego samoopalaczowego smrodku! Dla mnie to absolutnie ogromny plus! Jedynie nakładając kosmetyk na skórę wyczuwam delikatny chemiczny zapach, który jednak szybciutko się ulatnia. 

Poza tym, jak juz wspominałam, stosując balsam tonujący zamiast samoopalającego uzyskujemy stopniowy efekt. Dzięki temu nie można nim sobie zrobić krzywdy. Ja mam różne doświadczenia z samoopalaczami, wiem, co to znaczy mieć plamy, smugi itp, natomiast po tym tonerze przyciemnienie skóry jest równomierne. Kolor jest naturalny, nie wpada w pomarańcz. 
Ja wybrałam odcień Light/Medium, dostępny jest także odcień Medium/Dark. 

Prócz nadania ładnego kolorytu balsam posiada bardzo dobre właściwości pielęgnujące. Po jego zastosowaniu skóra jest gładka i na prawdę bardzo dobrze nawilżona. Co w kosmetykach brązujących nie jest oczywiste. 

Balsam znajduje się w wygodnym opakowaniu z dobrze działającą pompką. Pojemność balsamu to 150 ml. 
Gradual Tan od Gosh można stosować nie tylko do ciała, ale i na twarz. Ja jednak do twarzy nie używam żadnych kosmetyków tego typu, nie mam takiej potrzeby. Mnie twarz zawsze szybko sie opala ;)
Konsystencję określiłabym raczej jako lotion, aniżeli balsam. Jest lekka, bardzo szybko się wchłania, nie pozostawia filmu. Już po chwili od nałożenia można się ubrać bez obawy o ubrania :) 


Formuła balsamu zawiera brązujący składnik na bazie cukru, DHA, który współpracuje z kwasowością skóry, aby dać jej naturalnie opalony wygląd. Poza tym balsam zawiera składniki nawilżające i odżywcze, takie jak: aloes, kompleks nawilżający DayMoist, jagody Goji, masło shea i olej ze słodkich migdałów. Nie zawiera natomiast parabenów. 
Cena tego balsamu waha się w granicach 45 złotych. Kosmetyki Gosh można kupić między innymi w drogeriach Hebe, Wispol. 
Tak jak wspominałam na początku przerobiłam już baaardzo dużo różnych kosmetyków tonujących i samoopalających. Nie pamiętam jednak, żebym z któregoś była tak zadowolona, jak z Gosh Gradual Tan. 

Bardzo jestem ciekawa, jaki Wy macie stosunek to takich wspomagaczy? Stosujecie samoopalacze/tonery? 

Całuję Was mocno!

Denko luty - kwiecień 2015

Kochani, dziś zapraszam do obejrzenia kosmetycznych zużyć, które udało mi się zrealizować w lutym, marcu oraz kawałku kwietnia :)


1. Zmywacz do paznokci Be Beauty z Biedronki - całkiem fajny zmywacz, tylko czasem pompka nie działała ;) Powrotu nie planuję, gdyż teraz mam zmywacz z Inglota, który jest moim zdaniem idealny :)
2. Krem do rąk L'occitane z 20% masłem shea, miniaturka - bardzo chętnie sięgam po ten krem w zimie oraz na noc, a ta miniaturka towarzyszyła mi przez jakiś czas w torebce. Do stosowania w ciągu dnia kremik ten średnio się nadaje, ze względu na bardzo bogatą teksturę. Niemniej jednak stosowany na noc krem ten działa cuda!


3. Maska do włosów Collistar Magica CC - fantastyczny wynalazek! Genialna maska, która idealnie odświeża kolor włosów, maskuje na jakiś czas odrosty i siwielce. Stosuje się ją co 4-5 myć głowy albo jeszcze rzadziej, wedle potrzeb. Ja wykończyłam wersję kasztanową, a teraz używam wersji do włosów ciemnobrązowych i czarnych, która kolorystycznie jeszcze bardziej mi odpowiada!


4. i 5. W moim denku zawsze znajdzie się miejsce na micel z Biodermy oraz tonik Pat&Rub. Wspaniałe produkty, które są dla mnie niezastąpione!


6. Maseczka oczyszczająca GlamGlow - bardzo dobrze mi się używało tej maski i z pewnością chętnie kiedyś ją sobie kupię. Teraz jednak mam ochotę poeksperymentować z innymi maskami oczyszczającymi.


7. Żele do brwi MAC - ciemniejsza wersja jest moim must have. Bardzo fajnie sprawdza się w makijażu!
8. Kredka do oczu Chanel Stylo Yeux Waterproof - kocham te kredki, a to była moja pierwsza. Piękna antracytowa czerń, z drobinkami. Niestety pochodziła z kolekcji limitowanej, ale głęboko wierzę, że Chanel jeszcze kiedyś wypuści ten odcień!
9. Tusz do rzęs Diorshow Iconic Overcurl - mój zdecydowany ulubieniec w tej kategorii, który sprawił, że inne tusze mnie nie interesują ;)
10. Dior cień do powiek w kremie - stwardniał, skamieniał, dziad jeden. Z hukiem poszedł w kosz.
11. Puder Chanel Les Beiges - miły puder, którym na początku się zachwycałam. Jednak z perspektywy czasu zmienił jak dla mnie pozycję  na co najwyżej "fajny". Ale za mało fajny, żeby zdecydować się na kolejny zakup. Pod koniec dziwnie skamieniał, nie dało się go zużyć całkowicie...


12. Żele pod prysznic Organique, wersja limonka marakuja oraz jabłko rabarbar - fajne żele, które nie przyczyniły się do wysuszenia skóry, ale także nie pielęgnowały jej jakoś specjalnie! Świetne zapachy, ale za to pompka czasem zawodziła. Być może kiedyś się skuszę, choć znam dużo lepsze żele. 


13. Masło do ciała Pat&Rub z serii hipoalergicznej - jak dla mnie to mój zdecydowany ulubieniec w kategorii mazideł do ciała! Ponowny zakup to pewniak :) 
14. Peeling do ciała TBS z serii jagodowej - skusiłam się na niego głównie za zapach, który jednak już pod prysznicem wydał mi się trochę chemiczny. Osobiście wolę peelingi cukrowe. Ten nie był zły, ale powrotu nie planuję. Chyba, że TBS ponownie wprowadzi moją ulubioną wersję marakujową. 


15. Żel pod oczy i na powieki Floslek ze świetlikiem i bławatkiem - ten żel towarzyszył mi zawsze w torebce i świetnie się sprawdzał jako nawilżacz okolicy w oczu w ciągu dnia! Niestety, jakiś czas temu firma zmieniła skład tych żeli, wprowadzono parabeny i dlatego musiałam sobie poszukać czegoś innego... A szkoda... 
16. Serum pod oczy Guerlain Super Aqua-Eye - serum to towarzyszyło mi przez ostatni rok, zużyłam w sumie 3 opakowania. Bardzo fajny nawilżacz, używałam go pod krem pod oczy. Obecnie robię sobie od niego przerwę, aby skóra zanadto się do niego nie przyzwyczaiła.



17. Dezodorant Yves Rocher - kupiłam ze względu na brak aluminium oraz alkoholu w składzie. Kulka ta bardzo dobrze się u mnie spisywała! Gdy niedawno chciałam kupić kolejne opakowanie, okazało się, że firma już ich nie produkuje, ze względu na skargi klientów, iż dezodorant jest nieskuteczny! No cóż... Teraz używam dezodoranru Eisenberg, który jest jeszcze lepszy :) 



18. Pasty do zębów Blanx, wybielająca tradycyjna oraz roślinna bez fluoru- ostatnio coraz mniej zachwycam się tymi pastami, jakoś nie mam wrażenia, że lepiej doczyszczają zęby. Być może inne wersje są skuteczniejsze. Teraz wróciłam do lubianej przeze mnie Sensodyne.

Moje denko nie jest na pewno duże, ale od niedawna staram się zużywać zapasy, których mam niemało... 
Życzę Wam dużo słońca!

Ajurwedyjski olejek do ciała Shanti Chakra od Rituals

Jakże miła to była niespodzianka, gdy w grudniu, buszując po lotniskowej bezcłówce, trafiłam na szafkę Riruals :) Marka nie niestety nie jest dostępna w mojej okolicy, a jak wszyscy wiemy, to, co niedostępne, kusi najbardziej :) 
Absolutnie nie wiedziałam, na co się zdecydować, ale po chwili dumania kupiłam między innymi ten oto olejek do ciała z serii Shanti Chakra. Przekonał mnie do zakupu przede wszystkim jego uwodzicielski zapach. 

Nie będę owijać w bawełnę i rozpisywać się w nieskończoność, ujmę to krótko - ten olejek jest cudowny! Właściwie nie znajduję w nim wad! 

Jak już wspomniałam, pachnie prześlicznie - trochę orientalnie, bardzo zmysłowo. Na próżno szukać w nim owocowych nut. Zapach jest wyczuwalny na skórze, ale jest on na tyle lekki, że nie męczy nosa. 
Zapach to kwestia indywidualna, nie każdemu musi się podobać, na szczęście Rituals raczy nas różnymi zapachowymi wersjami do wyboru :) 

Jeśli chodzi o działanie olejku, to i tutaj Rituals nie zawiódł! Olejek ma wspaniałą aksamitną teksturę, doskonale wchłania się, nie pozostawia tłustego filmu. Idealnie nawilża skórę, czyniąc ją gładką i miękką. 



Wydajność olejku jest poprawna, opakowanie niezwykle wygodne, pompka działa bez zarzutu!
Mam ochotę poznać kolejne wersje zapachowe tych olejków, ale temu Shanti Chakra zdecydowanie pozostanę wierna! 
Rączka w górę, kto z Was zna olejki Rituals! 
Jakie są wasze ulkubione tłuścioszki do ciała?

Sezon walki z cellulitem pora zacząć!

Czas leci nieubłagalnie szybko. Dopiero mieliśmy Boże Narodzenie, a tu już końcówka marca zbliża się wielkimi krokami! Dla mnie to ostatni dzwonek przed sezonem letnim, aby zatroszczyć się nieco o skórę, a dokładnie mówiąc o okolice dotknięte zmianami cellulitowymi. U mnie te zmiany może nie są jakieś ogromne, ale jednak są.
Uczywiście każdy z nas zdaje sobie sprawę, że sam kosmetyk nie załatwi problemu. Liczy się przede wszystkim systematyczna aktywność ruchowa, nie bez znaczenie pozostaje także prawidłowa dieta. Natomiast kosmetyki antycellulitowe są kropką nad "i". A przynajmnie ja jestem przekonana, że warto używać takich preparatów w celu optycznego wygładzenia i ujędrnienia, nawet, jeśli całkowita poprawa stanu skóry nie jest możliwa.
W zeszłym roku kupiłam sobie krem na cellulit marki Elancyl. Jeśli chodzi o działanie samego kremu, efekt był bardzo fajny. Skóra była lekko napięta, gładka, wyglądała po prostu lepiej. Niestety, zapach tego kremu zdyskwalifikował go u mnie zupełnie... Zapach był tak niesamowicie intensywny, że wżerał się w piżamę, w pościel, a nawet w materac. Dlatego po kilku miesiącach z żalem odstawiłam ten krem...
W tym roku postanowiłam poszukać czegoś innego. Miałam chrapke na popularny ostatnio olejek Super Slim marki Evree. Jako, że jednak marka ta jest dostępna w Polsce, a moje odwiedziny w ojczyźnie odwlekają się w terminie, musiałam się rozejrzeć za czymś innym, czymś, co jest dla mnie łatwo dostępne tu, gdzie mieszkam.
Postawiłam na włoską markę Collistar, której produkty, zwłaszcza te przeciwcellulitowe, cieszą się bardzo dobrą opinią. 

Okazało się, że wybór jest spory! A ja po prawie półgodzinnym dumaniu przed stoiskiem Collistara i po rozmowie z konsultantką Douglasa zdecydowałam się na zakup serum antycellulitowego.
Udało mi się nawet trafić na zestaw z bonusem w postaci antycellulitowych kapsułek! 
Według producenta serum zawiera rewplucyjną formułę, w której zastosowano komórki macierzyste jeżówki o właściwościach antycellulitowych oraz innowacyjny kompleks Phytosonic, oddziałujący na komórki tłuszczowe w sposób zbliżony do ultradźwięków. 
Serum ma rzeczywiście bardzo lekką postać, wchłania się bardzo szybko, nie pozostawia filmu, pachnie delikatnie, ale zapach ten nie utrzymuje się długo na skórze. Po wmasowaniu serum można zastosować dodatkowo balsam nawilżający, ale ja nie mam takiej potrzeby. Uważam, że serum nawilża skórę wystarczająco! 
Po prawie 2 tygodniach stosowania nie można oczywiście mówić o jakichkolwiek efektach kuracji, ale musze przyznać, że skóra wydaje się być gładka, lekko napięta. Jeśli chodzi o mocne działanie antycellulitowe, to z pewnością dam Wam znać za kilka miesięcy :) 

Jak tylko skończy mi się to serum, to zrobię sobie jeszcze kurację kapsułkami antycellulitowymi, które dostałam w gratisie. 
Według producenta kapsułki stworzone są na bazie kofeiny i escyny, zawierają aktywne składniki, gwarantujące szybką i skuteczną walkę z oznakami cellulitu. Kuracja kapsułkami trwa "tylko" 14 dni. 
Bardzo jestem ciekawa, jakie bedą skutki stosowania kosmetyków antycellulitowych Collistar. Czy obietnice producenta będzie można włozyć między bajki, czy też zauważe zadowalające efekty :) 

Jak wygląda Wasza walka z pomarańczową skórką? 
Znacie kosmetyki Collistar? 

Słów kilka o lano-balsamie Ziaja-med

Witam Was Kochani! 

Po prezentacji mojego ostatniego denka kilka osób wyraziło chęć poznania bliżej balsamu hipoalergicznego Ziaja. Balsam ten zdecydowanie zasłużył sobie na oddzielną recenzję, wszak jestem mu wierna juz od lat :) 


Zasadniczą zaletą tego balsamu w moich oczach jest zapach, a właściwie jego brak ;) Jeśli chodzi o kosmetyki pod prysznic bądź do kapieli, to bardzo lubię takie pięknie pachnące, intensywne. Natomiast  moje smarowidła do ciała muszą mieć w miarę neutralny zapach. Osobiście nie przepadam za tym, gdy zapach długo się utrzymuje na ciele, a poza tym mój Ukochany ma niezwykle wrażliwy nos i po prostu nie toleruje wielu zapachów, zwłaszcza tych leśnych, ziołowych, cytrusowych...



Lano-balsam Ziaja pochodzi z "aptecznej' serii tej marki pod szyldem "Klinika zdrowej skóry". 
W białej, skromnej, plastikowej butelce, charakterystycznej dla marki Ziaja, znajduje się 400ml lekkiej emulsji, która towarzyszy mi prawie codziennie w moim wieczorno-łazienkowym rytuale. Pompka jest dosyć wygodnym rozwiązaniem, jednak kiedy produkt zbliża się do denka, to niestety ta pompka zawodzi... Wówczas stawiam butelkę na głowie i w ten sposób wylewam resztę produktu.


Emulsja ma postać gęstego mleczka, które jednak bardzo szybko się wchłania, nie pozostawiając żadnej tłustej warstewki. 

Producent zaleca ten balsam głownie do pielęgnacji skóry odwodnionej, bardzo suchej. I tu nie do końca mogę się z nim zgodzić. Balsam ten rzeczywiście fajnie nawilża i pielęgnuje skórę, ale jeśli macie bardzo suchą, łuszczącą się skórę, ten produkt nie da sobie z nią rady, jest po prostu zbyt lekki. W takim przypadku to nawilżenie jest tylko na chwilę. Tu stanowczo polecam masła. 
Jeżeli jednak szukacie lekkiego kosmetyku do codziennej pielęgnacji "normalnej" skóry, to szczerze polecam Wam lano-balsam. 
Stopień nawilżenia określam jako "dobry". W końcu to "tylko" mleczko do ciała, a nie masło. Dlatego nie możemy zbyt wiele oczekiwać. 
Balsam idealnie nadaje się do wrażliwej skóry. Ja używam go chętnie bezpośrednio po depilacji - balsam koi skórę, nawilża, nie powoduję żadnych podrażnień i innych niespodzianek. 

Stosuję lano-balsam głównie na nogi, czasem także smaruję sobie nim ramiona i ręce. Kiedy jednak mam wrażenie, że moja skóra jest bardzo mocno przesuszona i się łuszczy, sięgam po moje niezawodne masło do ciała Pat&Rub.  




Podsumowując: lano-balsam Ziaja nie jest może super mocnym nawilżaczem, ale jeśli nie macie bardzo mocno wysuszonej skóry, będziecie zadowoleni!
Wielki plus za ciekawą konsystencję, która gwarantuje szybkie wchłanianie
Balsam nie posiada żadnego zapachu, co dla mnie jest zaletą. Nie podrażnia, nie uczula, za to przyzwoicie pielęgnuje skórę. 
Minusem jest na pewno pompka, która zawodzi, gdy produkt zbliża się do dna. Jednak tę drobną niedoskonałość jestem w stanie wybaczyć ;) 
Lano-balsam można kupić w wielu aptekach, cena waha się w granicach 16-20 zł. 


Podkład Eisenberg Invisible Correcteur - dobry, ale bez rewelacji

Podkład idealny - kto z nas zdołał taki znaleźć? 
Ja przez ostatnie 8 miesięcy używałam podkładu, który w moim przekonaniu był bardzo dobry, ale do ideału mu jednak trochę brakowało.
Mowa o podkładzie Eisenberg Invisible Correcteur
Chociaż byłam z niego dosyć zadowolona, a przez pewien czas nawet myślałam, że jest to ideał, to jednak nie powtórzę już zakupu. 
Ostatnio trafiłam na make-up, który u mnie spisuje się jeszcze lepiej, niż Eisenberg, ale to juz inna historia ;) 

Na samym początku muszę wspomnieć, czego oczekuję od dobrego podkładu. 
Ja lubię lekkie make-upy, dające efekt "drugiej skóry", niewyczuwalne i niemal niewidoczne na twarzy. Podkład musi lekko wyrównywać odcień skóry, ale go nie zmieniać. Nie może powodować świecenia ani efektu maski na mojej mieszanej cerze.Ciężkie kryjące podkłady nie są dla mnie.

Jeśli chodzi o propozycję Eisenberg, to schody zaczynają się już przy samym zakupie. I mam tu na myśli nie tylko jego bardzo wysoką cenę, ale przede wszystkim dosyć ubogą gamę kolorystyczną - zaledwie 5 odcieni.
Niestety nie mam możliwości zakupu kosmetyków marki Eisenberg stacjonarnie, dlatego też musiałam kupić podkład w ciemno, bez uprzedniego zastosowania testera. 
Najpierw kupiłam sobie odcień 01 Natural. Jest to dosyć naturalny jasny beż, który niestety mocno wpada w żółć. 
Po jakimś tygodniu stosowania tego odcienia stwierdziłam, że brakuje mi w nim nieco różowego pigmentu, takiego, który nadawałby twarzy świeżości. Dlatego postanowiłam dokupić sobie drugi podkład w różowym kolorze, aby móc go mieszać z moim zółtkiem. Padło na odcień 00 Porcelain. Bardzo jaśniutki różyk, w sam raz dla bladziuchów. 
No i mieszałam sobie tak te odcienie, ale to jeszcze nie było to, czego oczekiwałam... Ta mieszanka niestety okazała się dla mnie zbyt jasna, jak na tamtą porę roku, kiedy byłam jeszcze opalona. Postanowiłam więc poratowac się trzecim odcieniem - 02 Natural Rosy - ciemniejszym beżem z zawartością różu. 
I tak w lecie mieszałam sobie odcień 01 z 02, a zimie 00 z 02. Udało mi się w ten sposób uzyskać kolor, z którego wreszcie byłam zadowolona. 
Mimo wszystko nie jest to dobre rozwiązanie, bo jeśli kupuję podkład w tej cenie, to musi być to kolor idealny, bez potrzeby kombinowania i innych eksperymentów. 


Krycie podkładu Eisenberg określiłabym mianem lekkiego - czyli takiego, jakie lubię najbardziej. Kosmetyk daje się bezproblemowo rozprowadzić na skórze - ja używam w tym celu palców. Drobne zmiany, jak również pory, stają się mniej dostrzegalne, a cera prezentuje się naturalnie upiększona. ALE ten efekt niestety nie utrzymuje się przez cały dzień... Byłam przekonana, że to normalka w przypadku tak lekkiego podkładu. Dlatego akceptowałam fakt, że popołudniu cera nie wygląda już tak, jak o poranku, że po podkładzie nie było ani śladu... Teraz wiem, że tak być nie musi, że istnieją lekkie naturalne podkłady, które upiększają skórę na cąły dzień :) 

Co mnie jednak zachwyciło w podkładzie Eisenberg? Podkład ten idealnie stapia się z cerą. Już po chwili od nałożenia kosmetyk jest zupełnie niewyczuwalny, zaskakujący swoją lekkością. Kosmetyk nie brudzi - gdy przejechałam sobie dłonią po twarzy, nie dostrzegłam żadnych śladów po podkładzie. Poza tym był to dla mnie pierwszy podkład, po zastosowaniu którego twarz była bardzo dobrze nawilżona i jednocześnie matowa. Zazwyczaj po innych podkładach moja strefa T błyszczała się nieestetycznie, natomiast przy Eisenbergu ten problem nie pojawił się wcale. Dodam, że jestem posiadaczką mieszanej cery. 

Podkład Eisenberg o pojemności 30 ml zamknięty jest w ładnym, szklanym flakonie z pompką, która działa bezproblemowo. Należy jedynie regularnie czyścić otworek aplikatora, z którego wydobywa się kosmetyk. Sam produkt ma lekką i stosunkowo lejącą konsystencję, która jednak nie jest wodnista. 
Dla zainteresowanych podaję skład:
AQUA - ISODODECANE - TITANIUM DIOXIDE - CYCLOPENTASILOXANE - ETHYLHEXYL METHOXYCINNAMATE - POLYGLYCERYL-10 TRIISOSTEARATE - SILICA - MICA - GLYCERIN - BIS-HYDROXYETHOXYPROPYL DIMETHICONE/IPDI/SORBITAN STEARATE COPOLYMER - ZINC STEARATE - CAPRYLYL DIMETHICONE ETHOXY GLUCOSIDE - HYDROGENATED STYRENE/ISOPRENE COPOLYMER - DIMETHICONE - SODIUM CHLORIDE - DIMETHICONE/VYNIL - DIMETHICONE CROSSPOLYMER - HEXYLENE GLYCOL - POTASSIUM SORBATE - CHLORPHENESIN - PARFUM - SODIUM DEHYDROACETATE -MANNITOL - GLUCOSE - FRUCTOSE - SORBITOL - LAURETH-4 - SUCROSE - DEXTRIN - UREA - TOCOPHEROL - PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL - FAGUS SYLVATICA EXTRACT - ASCORBYL PALMITATE - LACTIS PROTEINUM - PHOSPHOLIPIDS - CETEARYL GLUCOSIDE - TALC - BACILLUS FERMENT - PHENOXYETHANOL BENZYL ALCOHOL - POLYAMINOPROPYL BIGUANIDE - GLUTAMIC ACID ALANINE - ASPARTIC ACID - PUNICA GRANATUM EXTRACT - GLYCERYL STEARATE SE - XANTHAN GUM - CI 77891 - CI 77491 - CI 77492 - CI 77499 "
 
Gdyby nie te niedogodności związane z doborem koloru oraz z kiepską trwałością, podkład ten byłby dla mnie ideałem. 
Jak już na początku wspominałam ostatnio odkryłam inny lekki podkładzik, Nude Air od Diora, z którego jestem jeszcze bardziej zadowolona, niz z Eisenberga. Ale to już temat na oddzielny post... :)