Lakiery Chanel Le Vernis
Ten piękny lakier Chanel w odcieniu May (nr 535) wiernie towarzyszył mi w trakcie czerwcowych wakacji na Majorce.
Jego kolor urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Jest to soczysty róż, trochę "mleczny", z odrobiną koralu. Taki kolor na paznokciach bardzo poprawia mi humor ;)
Na początku obawiałam się tego bardzo cienkiego pędzelka. Moje obawy okazały się na szczęście bezpodstawne. Pędzelek jest niezwykle zgrabny, można niem szybko i sprawnie operować. Teraz zdecydowanie wolę takie pędzelki, niż te szerokie, do których przyzwyczaiły nas lakiery Essie czy Dior...
Trwałość tego lakieru jest imponująca! Podczas urlopu nie stroniłam od piasku i słonej wody. Po tygodniu nie miałam żadnych odprysków, natomiast lakier zaczął się delikatnie ścierac na końcówkach. Pigmentacja jest wspaniała, pomimo dosyć rzadkiej konsystencji lakieru. Przy niektórych odcieniach, jak np. May lub Pink Tonic wystarczy już jedna warstwa do uzyskania pięknego intensywnego koloru bez prześwitów.
Do tej pory "dorobiłam się" już 5 lakierów Chanel, jako że trafiłam na fajną promocję w postaci 20% rabatu na wszystkie lakiery :) Ostatnio moim faworytem jest odcień Pink Tonic - intensywny fuksjowy róż.
Lakiery Chanel stały się moimi ulubieńcami i zdetronizowały moje ukochane Essiaki oraz Ingloty. I choć lakieromaniaczką nie jestem i raczej nie będę, to już czekam na premierę jesiennej kolekcji :)
Pozdrawiam Was słonecznie!
A na zakończenie kilka wakacyjnych fotek z Majorki :)
Maseczka złuszczająca GlamGlow Youthmud
Moi Kochani!
Po prawie dwutygodniowym pobycie na Majorce powróciłam wypoczęta, opalona i odprężona do normalnego życia.
Nareszcie mogę trochę odrobić zaległości i odwiedzać Wasze blogi :)
A z urlopu przywiozłam sobie kilka ciekawych kosmetyków, między innymi prawdziwą gwiazdę wśród masek, a mianowicie złuszczającą maseczkę GlamGlow Youthmud.
Szczerze mówiąc bardzo długo dumałam nad tą maską w hiszpańskiej Sephorze. Wszak nie miałam żadnego doświadczenia z tą marką, a i cena nie jest zachęcająca... Jednak ciekawość oraz bardzo pozytywne opinie na temat tego produktu przekonały mnie do zakupu. Na szczęście!
Maska okazała się być wspaniała i już po pierwszym użyciu wywołała u mnie efekt WOW!
Według producenta maseczka ta stanowi Hollywoodzki sekret piękna i młodości.
W mgnieniu oka wygładza skórę oraz nadaje jej młodzieńczego blasku.
A to wszystko dzięki 3 ekskluzywnym składnikom:
Produkt ma konsystencję oraz wygląd glinkowy, a przy tym bardzo ładnie pachnie!
Maskę należy nałożyć na oczyszczoną twarz i trzymać przez 10 minut. Po aplikacji pojawia się charakterystyczne mrowienie i szczypanie - jest to zupełnie normalna reakcja, która po chwili mija. Maseczka dosyć szybko zastyga na twarzy - mnie to jednak absolutnie nie przeszkadza ;)
Po upływie 10 minut zwilżamy twarz wodą i okrężnymi ruchami masujemy twarz, a potem dokładnie usuwamy resztki produktu za pomocą dużej ilości wody. Producent zaleca stosowanie maski dwa razy w tygodniu, ja jednak ograniczam się do jednego razu.
Moje pierwsze spostrzeżenie po zastosowaniu GlamGlow to niesamowita gładkość. Jeszcze nigdy moja skóra nie była tak gładka i dobrze oczyszczona!
Pomimo działania złuszczającego i ściągającego moja skóra absolutnie nie zareagowała przesuszeniami. Nie pojawiły się żadne podrażnienia ani niespodzianki.
Nie wiem, jak z wydajnością, narazie nie narzekam, mam nadzieję, że maseczka wystarczy na wiele zastosowań!
Kochani, jest to najlepsza maseczka, jaką miałam okazję stosować i bardzo się cieszę, że ją odkryłam.
A po tylu ochach i achach kupiłam sobie jeszcze nawilżającą maseczkę GlamGlow Thirstymud, która jest nowością na rynku. Użyłam jej dopiero jeden raz, ale już czuję, że także bardzo się polubimy :)
Po prawie dwutygodniowym pobycie na Majorce powróciłam wypoczęta, opalona i odprężona do normalnego życia.
Nareszcie mogę trochę odrobić zaległości i odwiedzać Wasze blogi :)
A z urlopu przywiozłam sobie kilka ciekawych kosmetyków, między innymi prawdziwą gwiazdę wśród masek, a mianowicie złuszczającą maseczkę GlamGlow Youthmud.
Szczerze mówiąc bardzo długo dumałam nad tą maską w hiszpańskiej Sephorze. Wszak nie miałam żadnego doświadczenia z tą marką, a i cena nie jest zachęcająca... Jednak ciekawość oraz bardzo pozytywne opinie na temat tego produktu przekonały mnie do zakupu. Na szczęście!
Maska okazała się być wspaniała i już po pierwszym użyciu wywołała u mnie efekt WOW!
Według producenta maseczka ta stanowi Hollywoodzki sekret piękna i młodości.
W mgnieniu oka wygładza skórę oraz nadaje jej młodzieńczego blasku.
A to wszystko dzięki 3 ekskluzywnym składnikom:
- TEAOXI - opatentowana formuła o działaniu przeciwzmarszczkowym, przeciwstarzeniowym, antyoksydacyjnym
- skała wulkaniczna - działa złuszczająco, wygładzająco i zmiękczająco na naskórek
- francuska glinka - działa ściągająco, oczyszczająco, zmniejsza widoczność porów skóry
Produkt ma konsystencję oraz wygląd glinkowy, a przy tym bardzo ładnie pachnie!
Maskę należy nałożyć na oczyszczoną twarz i trzymać przez 10 minut. Po aplikacji pojawia się charakterystyczne mrowienie i szczypanie - jest to zupełnie normalna reakcja, która po chwili mija. Maseczka dosyć szybko zastyga na twarzy - mnie to jednak absolutnie nie przeszkadza ;)
Po upływie 10 minut zwilżamy twarz wodą i okrężnymi ruchami masujemy twarz, a potem dokładnie usuwamy resztki produktu za pomocą dużej ilości wody. Producent zaleca stosowanie maski dwa razy w tygodniu, ja jednak ograniczam się do jednego razu.
Moje pierwsze spostrzeżenie po zastosowaniu GlamGlow to niesamowita gładkość. Jeszcze nigdy moja skóra nie była tak gładka i dobrze oczyszczona!
Pomimo działania złuszczającego i ściągającego moja skóra absolutnie nie zareagowała przesuszeniami. Nie pojawiły się żadne podrażnienia ani niespodzianki.
Nie wiem, jak z wydajnością, narazie nie narzekam, mam nadzieję, że maseczka wystarczy na wiele zastosowań!
Kochani, jest to najlepsza maseczka, jaką miałam okazję stosować i bardzo się cieszę, że ją odkryłam.
A po tylu ochach i achach kupiłam sobie jeszcze nawilżającą maseczkę GlamGlow Thirstymud, która jest nowością na rynku. Użyłam jej dopiero jeden raz, ale już czuję, że także bardzo się polubimy :)
Denko kwiecień - maj 2014
Nareszcie przyszła pora na przedstawienie Wam mojego denka, i co za tym idzie, na opróżnienie śmietnika kosmetycznego.
A więc zaczynamy:
Jak zwykle u mnie przeważa pielęgnacja, za to prawie nie ma nic z kolorówki. Co nie oznacza, że się nie maluję :)
Kochani, jutro wybieram się na zasłużone wakacje i lecimy na 11 dni na Majorkę :)
W związku z tym nie będę miała możliwości w tym czasie odwiedzać Waszych blogów. Po powrocie postaram się nadrobić zaległości!
Trzymajcie się cieplutko i do następnego razu!
A więc zaczynamy:
| Otulający balsam do rąk Pat&Rub. Lubię balsamy do rąk tej marki, ale balsam otulający działa zdecydowanie zbyt słabo, jeśli chodzi o nawilżanie. Raczej nie kupię go ponownie. |
| L'occitane krem do rąk 20% Shea. Bardzo dobry krem, kupię ponownie na zimę. |
| Żel pod prysznic Balea o zapachu kwiatu jabłoni. Przyjemny, ale nie aż tak, żebym jescze raz go zakupiła. Jest tyle innych wersji, które chciałabym wypróbować :) |
| Żel pod prysznic Balea Kokos z nektarynką. Uwielbiam jego zapach, z tego względu kupię go ponownie. |
| Mydło w płynie Lavera. Nic specjalnego. Nie kupię ponownie. |
| Bioderma Sensibio. Ukochane micelki. Mój must have :) |
| Tonik Pat&Rub. Ulubiony tonik, nie może go u mnie zabraknąć. |
| Masło do ciała Alverde Orzech Makadamia i Masło Shea. Bardzo fajne masło o dobrym składzie. Zdecydowanie kupię ponownie. |
| Balsam do ust Tisane. Zdecydowanie mój numer jeden w kategorii pielęgnacja ust. Stały bywaleć w mojej łazience. |
| Krem pod oczy AA Eco. Świetny krem, który kupuję od prawie dwóch lat. Obecnie używam kolejne opakowanie tego kremu. |
| Serum pod oczy Ekoampułka z Pat&Rub. Ani mi nie zaszkodziła, ani też nic nie pomogła. Poprostu nie stwierdziłam żadnego działania. Moja przygoda z ekoampułkami już się zakończyła ;) |
| Peeling do twarzy La Roche Posay Physiologique. Mój ulubiony. Bardzo drobne ziarenka nie są w stanie zaszkodzić nawer wrażliwej skórze. Obecnie używam kolejnego opakowania. |
| Tusz do rzęs Benefit They Are Real. Długo kupowałam te tusze, ale niedawno odkryłam Diorshow Overcurl od Diora, który jest jeszcze lepszy. Z tego powodu ponowny zakup nie jest planowany. |
Jak zwykle u mnie przeważa pielęgnacja, za to prawie nie ma nic z kolorówki. Co nie oznacza, że się nie maluję :)
Kochani, jutro wybieram się na zasłużone wakacje i lecimy na 11 dni na Majorkę :)
W związku z tym nie będę miała możliwości w tym czasie odwiedzać Waszych blogów. Po powrocie postaram się nadrobić zaległości!
Trzymajcie się cieplutko i do następnego razu!
Krem na dzień oraz serum do twarzy Ahava
Dziś moi Kochani pokażę Wam duecik, który od kilku tygodni wiernie towarzyszy mi niemal każdego dnia.
Wcześniej wielokrotnie już przechodziłam koło półki z kosmetykami Ahava, jednak dopiero niedawno skusiłam się na pierwszy zakup.
Jak zapewnia producent, wszystkie produkty marki Ahava zawierają minerały Morza Martwego, które znane są ze swojego dobroczynnego działania na skórę i zdolności do przywracania jej młodego wyglądu.
"Osmoter® jest wyjątkową kompozycją minerałów Morza Martwego, która znajduje się we wszystkich preparatach AHAVA. Optymalizuje ona metabolizm komórkowy, wzmacnia ochronę skóry przed szkodliwym działaniem promieniowania UV oraz znacząco zwiększa jej stopień uwodnienia. Sprawia, że skóra wygląda młodziej, staje się jedwabista i jędrna."
Moją przygodę z marką Ahava rozpoczęłam od kremu na dzień z serii Time to Smooth. Krem ten okazał się być tak wspaniały, że narazie nie rozglądam się za niczym nowym :)
Jest to ochronny krem na dzień, zawierający kompleks 3D, w skład którego wchodzą minerały pozyskiwane z Morza Martwego, antyoksydacyjne ekstrakty z daktyla oraz z alg Dunaliella.
Krem chroni naszą skórę przed wolnymi rodnikami, regeneruje i nawilża, wygładza drobne zmarszczki i linie. Zawiera filrt przeciwsłoneczny SPF15.
Dzięki temu produktowi moja skóra prezentuje się dużo lepiej. Krem jest na tyle lekki, że nie zapycha, nie powoduje świecenia się. Jednocześnie skóra jest przez cały dzień nawilżona, odżywiona, a drobne zmarszczki mimiczne stają się mniej widoczne. Krem stanowi świetną bazę pod podkład, dzięki czemu nie mam problemów z rolowaniem, łuszczeniem itp...
Przez ostatnie kilka miesięcy miałam za to problem ze skórą w okolicy brody, mianowicie co jakiś czas wyskakiwały mi pryszcze i podskórniaki. Od kiedy używam Ahavy, problem właściwie zniknął. Nie stało się to oczywiście z dnia na dzień, zauważyłam poprawę po ok. 3 tygodniach.
Krem ma delikatnie maślaną konsystencję, co jednak nie oznacza, iż źle się wchłania. Wręcz przeciwnie, na skórze nie pozostaje żadna tłusta warstwa.
Produkt zamknięty jest w plastikowym słoiczku, zawierającym 50 ml kosmetyku.
Zachwyty nad kremem Time to Smooth sprawiły, iż mój apetyt na Ahavę znacznie się powiększył. Więc kiedy chciałam sobie kupić nowe serum do twarzy, nie wahałam się zbyt długo i udałam się w kierunku stoiska tej marki.
Serum, a właściwie koncentrat Osmoter, ma za zadanie zwiększyć nawilżenie, rozświetlić, odżywić oraz wygładzić skórę twarzy. A to za sprawą 3-krotnie większego stężenia składnika Osmoter - zbalansowanego połączenia minerałów Morza Martwego. Według zapewnień producenta koncentrat Osmoter ułatwia transport wody w kanałach komórkowych, dzięki czemu skóra staje sie lepiej nawilżona, a drobne zmarszczki stają się mniej widoczne. Koloryt skóry staje się wyrównany, a skóra promienieje i jest rozświetlona. Koncentrat chroni przed działaniem wolnych rodników, a dodatkowo dzięki zawartości olejku arganowego skóra jest doskonale odżywiona i zregenerowana.
Koncentrat można stosować na dzień oraz na noc. Ja nakładam go na dzień, po krem, szczególnie na skronie, na czoło, na policzki, czyli wszędzie tam, gdzie moja skóra najszybciej ulega przesuszeniu.
Koncentrat zamknięty jest w ślicznym szklanym flakonie z pompką, o pojemności 30 ml. Konsystencja przypomina lejącą emulsję. Produkt bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia filmu na skórze.
Zarówno dzięki kremowi, jak i koncentratowi moje problemy ze skórą twarzy znacznie się zmniejszyły. Twarz jest przez cały dzień idealnie nawilżona, a co za tym idzie zmarszczki mimiczne stają sie dużo mniej widoczne. Koloryt jest zdecydowanie lepszy, bardziej wyrównany.
Kosmetyki nie zawierają parabenów, są hipoalergiczne, i nadają się właściwie dla każdego przedziału wiekowego i dla każdego rodzaju skóry. Cena nie należy do niskich (ok. 50 Euro za produkt), ponieważ jednak moim zdaniem kosmetyki te są bardzo skuteczne, warto w nie zainwestować.
Jedyną wadą jest ograniczony dostęp to produktów marki Ahava. Z tego co wiem, to można je kupić w Polsce w Super-Pharm, natomiast ja w Austrii kupuję je w drogerii Müller Markt.
Kosmetyki Ahava bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły i już rozglądam się za kolejnymi zdobyczami z tej marki :)
Ciekawa jestem, jakie macie doświadczenia z marką Ahava :)
Wcześniej wielokrotnie już przechodziłam koło półki z kosmetykami Ahava, jednak dopiero niedawno skusiłam się na pierwszy zakup.
Jak zapewnia producent, wszystkie produkty marki Ahava zawierają minerały Morza Martwego, które znane są ze swojego dobroczynnego działania na skórę i zdolności do przywracania jej młodego wyglądu.
"Osmoter® jest wyjątkową kompozycją minerałów Morza Martwego, która znajduje się we wszystkich preparatach AHAVA. Optymalizuje ona metabolizm komórkowy, wzmacnia ochronę skóry przed szkodliwym działaniem promieniowania UV oraz znacząco zwiększa jej stopień uwodnienia. Sprawia, że skóra wygląda młodziej, staje się jedwabista i jędrna."
Moją przygodę z marką Ahava rozpoczęłam od kremu na dzień z serii Time to Smooth. Krem ten okazał się być tak wspaniały, że narazie nie rozglądam się za niczym nowym :)
Jest to ochronny krem na dzień, zawierający kompleks 3D, w skład którego wchodzą minerały pozyskiwane z Morza Martwego, antyoksydacyjne ekstrakty z daktyla oraz z alg Dunaliella.
Krem chroni naszą skórę przed wolnymi rodnikami, regeneruje i nawilża, wygładza drobne zmarszczki i linie. Zawiera filrt przeciwsłoneczny SPF15.
Dzięki temu produktowi moja skóra prezentuje się dużo lepiej. Krem jest na tyle lekki, że nie zapycha, nie powoduje świecenia się. Jednocześnie skóra jest przez cały dzień nawilżona, odżywiona, a drobne zmarszczki mimiczne stają się mniej widoczne. Krem stanowi świetną bazę pod podkład, dzięki czemu nie mam problemów z rolowaniem, łuszczeniem itp...
Przez ostatnie kilka miesięcy miałam za to problem ze skórą w okolicy brody, mianowicie co jakiś czas wyskakiwały mi pryszcze i podskórniaki. Od kiedy używam Ahavy, problem właściwie zniknął. Nie stało się to oczywiście z dnia na dzień, zauważyłam poprawę po ok. 3 tygodniach.
Krem ma delikatnie maślaną konsystencję, co jednak nie oznacza, iż źle się wchłania. Wręcz przeciwnie, na skórze nie pozostaje żadna tłusta warstwa.
Produkt zamknięty jest w plastikowym słoiczku, zawierającym 50 ml kosmetyku.
Zachwyty nad kremem Time to Smooth sprawiły, iż mój apetyt na Ahavę znacznie się powiększył. Więc kiedy chciałam sobie kupić nowe serum do twarzy, nie wahałam się zbyt długo i udałam się w kierunku stoiska tej marki.
Serum, a właściwie koncentrat Osmoter, ma za zadanie zwiększyć nawilżenie, rozświetlić, odżywić oraz wygładzić skórę twarzy. A to za sprawą 3-krotnie większego stężenia składnika Osmoter - zbalansowanego połączenia minerałów Morza Martwego. Według zapewnień producenta koncentrat Osmoter ułatwia transport wody w kanałach komórkowych, dzięki czemu skóra staje sie lepiej nawilżona, a drobne zmarszczki stają się mniej widoczne. Koloryt skóry staje się wyrównany, a skóra promienieje i jest rozświetlona. Koncentrat chroni przed działaniem wolnych rodników, a dodatkowo dzięki zawartości olejku arganowego skóra jest doskonale odżywiona i zregenerowana.
Koncentrat można stosować na dzień oraz na noc. Ja nakładam go na dzień, po krem, szczególnie na skronie, na czoło, na policzki, czyli wszędzie tam, gdzie moja skóra najszybciej ulega przesuszeniu.
Koncentrat zamknięty jest w ślicznym szklanym flakonie z pompką, o pojemności 30 ml. Konsystencja przypomina lejącą emulsję. Produkt bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia filmu na skórze.
Zarówno dzięki kremowi, jak i koncentratowi moje problemy ze skórą twarzy znacznie się zmniejszyły. Twarz jest przez cały dzień idealnie nawilżona, a co za tym idzie zmarszczki mimiczne stają sie dużo mniej widoczne. Koloryt jest zdecydowanie lepszy, bardziej wyrównany.
Kosmetyki nie zawierają parabenów, są hipoalergiczne, i nadają się właściwie dla każdego przedziału wiekowego i dla każdego rodzaju skóry. Cena nie należy do niskich (ok. 50 Euro za produkt), ponieważ jednak moim zdaniem kosmetyki te są bardzo skuteczne, warto w nie zainwestować.
Jedyną wadą jest ograniczony dostęp to produktów marki Ahava. Z tego co wiem, to można je kupić w Polsce w Super-Pharm, natomiast ja w Austrii kupuję je w drogerii Müller Markt.
Kosmetyki Ahava bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły i już rozglądam się za kolejnymi zdobyczami z tej marki :)
Ciekawa jestem, jakie macie doświadczenia z marką Ahava :)
Solny piling do stóp Home SPA z Pat&Rub
O stopy staram się dbać nie tylko wiosną/latem, ale przez cały rok, a dobry krem oraz peeling do stóp to dla mnie podstawa tej pielęgnacji. Dzięki temu muszę przyznać, że moje stopy są w całkiem dobrej kondycji i nie mam potrzeby używania tarek oraz innych mechanicznych przyrządów usuwających martwy naskórek.
W doborze kosmetyków do stóp nie jestem przywiązana do jakiejś konkretnej marki, ciągle szukam ideału :)
Być może niektórzy z Was zauważyli, że bardzo lubię kosmetyki marki Pat&Rub :)
Skuszona dobrymi recenzjami oraz obietnicami producenta, kupiłam sobie solny piling tej marki. I choć samo działanie pilingujące tego produktu jest naprawdę zadawalające, to jednak niestety mam kilka powodów, dlaczego niechętnie sięgam po ten piling i dlaczego już go ponownie nie kupię...
Przede wszystkim zapach... Generalnie zapach serii HOME SPA nie trafia w mój kanon zapachów przyjemnych, ale woń samego pilingu do stóp jest wyjątkowo intensywna, wręcz śmierdząca! Miałam z tej samej serii juz krem oraz piling do rąk, ale w porównaniu z piningiem do stóp zapach tych produktów był bardzo przyjemny!
Oczywiście zapach to kwestia gustu, a piling ten cieszy się sporym powodzeniem. Dla mnie osobiście zapach ten, tak dziwnie intensywnie jodłowy, jest nie do zniesienia ;)
Po drugie - generalnie scruby do ciała Pat&Rub mają tę właściwość, iż po ich użyciu na skórze pozostaje tłusta warstewka. Niektórzy ją lubią, inni nie. Sama mam scrub do ciała z serii hipoalergicznej i o ile na początku lubiłam tę warstewkę, to jednak później zaczęła mnie ona denerwować.
ALE... ta warstewka to i tak nic w porównaniu do tłustej, wręcz łojowatej warstwy, którą pozostawia solny piling do stóp! No właśnie, ta warstwa jest tak łojowata, jakby się posmarowało stopy smalcem ;) Niełatwo jest ją zmyć! Producent wprawdzie zaleca po zabiegu pilingowania zanurzyć stopy na kilka minut w wodzie, ale ja niestety rzadko kiedy ma czas na takie kąpiele stóp ;)
Kochani, oczywiście nie jest tak, że ja odradzam ten piling. Jak już wcześniej wspomniałam samo działanie pilingujące jest bardzo dobre!
Ten mocny ździerak, wyposażony w dosyć ostre drobiny, pozostawia stopy wygładzone, złuszczone.
Konsystencja pilingu jest dosyć twarda, mocno zbita, jednak po zetknięciu z mokrymi stopami masaż nie przysparza żadnych trudności.
Nie można także pominąć świetnego, jak zwykle w produktach Pat&Rub, składu kosmetyku, całkowicie naturalnego. Znajdziemy tu przede wszystkim sól, masło mango, masło shea, olej winogronowy, glicerynę, szereg olejków działających nawilżająco, oczyszczająco, tonizująco, przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo.
A oto, co producent mówi o tym pilingu:
Solny Peeling do Stóp Home SPA rewelacyjnie usuwa martwy naskórek. Wygładza i zmiękcza skórę stóp.
Zawarte w peelingu oleje i masła roślinne nawilżają oraz regenerują suchą i popękaną skórę.
Olejki manuka i herbaciany walczą z bakteriami i grzybami oraz leczą pęknięte pięty.
Ziołowy aromat pilingu jest kompozycją naturalnych olejków eterycznych.
Podsumowując - ten produkt nie jest zły, wręcz przeciwnie, jego działanie ździerające jest bardzo dobre! Gdyby nie ten zapach oraz zbyt tłusta formuła, byłby to dla mnie piling idealny...
Jeśli nie przeszkadza Wam intensywna woń oraz bardzo tłusta warstwa, to bardzo polecam ten piling!
Dlatego zaczynam się już pomału rozglądać za jakimś nowym ździerakiem.
Znacie może jakiś godny polecenia?
Buziaki!
W doborze kosmetyków do stóp nie jestem przywiązana do jakiejś konkretnej marki, ciągle szukam ideału :)
Być może niektórzy z Was zauważyli, że bardzo lubię kosmetyki marki Pat&Rub :)
Skuszona dobrymi recenzjami oraz obietnicami producenta, kupiłam sobie solny piling tej marki. I choć samo działanie pilingujące tego produktu jest naprawdę zadawalające, to jednak niestety mam kilka powodów, dlaczego niechętnie sięgam po ten piling i dlaczego już go ponownie nie kupię...
Przede wszystkim zapach... Generalnie zapach serii HOME SPA nie trafia w mój kanon zapachów przyjemnych, ale woń samego pilingu do stóp jest wyjątkowo intensywna, wręcz śmierdząca! Miałam z tej samej serii juz krem oraz piling do rąk, ale w porównaniu z piningiem do stóp zapach tych produktów był bardzo przyjemny!
Oczywiście zapach to kwestia gustu, a piling ten cieszy się sporym powodzeniem. Dla mnie osobiście zapach ten, tak dziwnie intensywnie jodłowy, jest nie do zniesienia ;)
Po drugie - generalnie scruby do ciała Pat&Rub mają tę właściwość, iż po ich użyciu na skórze pozostaje tłusta warstewka. Niektórzy ją lubią, inni nie. Sama mam scrub do ciała z serii hipoalergicznej i o ile na początku lubiłam tę warstewkę, to jednak później zaczęła mnie ona denerwować.
ALE... ta warstewka to i tak nic w porównaniu do tłustej, wręcz łojowatej warstwy, którą pozostawia solny piling do stóp! No właśnie, ta warstwa jest tak łojowata, jakby się posmarowało stopy smalcem ;) Niełatwo jest ją zmyć! Producent wprawdzie zaleca po zabiegu pilingowania zanurzyć stopy na kilka minut w wodzie, ale ja niestety rzadko kiedy ma czas na takie kąpiele stóp ;)
Kochani, oczywiście nie jest tak, że ja odradzam ten piling. Jak już wcześniej wspomniałam samo działanie pilingujące jest bardzo dobre!
Ten mocny ździerak, wyposażony w dosyć ostre drobiny, pozostawia stopy wygładzone, złuszczone.
Konsystencja pilingu jest dosyć twarda, mocno zbita, jednak po zetknięciu z mokrymi stopami masaż nie przysparza żadnych trudności.
Nie można także pominąć świetnego, jak zwykle w produktach Pat&Rub, składu kosmetyku, całkowicie naturalnego. Znajdziemy tu przede wszystkim sól, masło mango, masło shea, olej winogronowy, glicerynę, szereg olejków działających nawilżająco, oczyszczająco, tonizująco, przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo.
A oto, co producent mówi o tym pilingu:
Solny Peeling do Stóp Home SPA rewelacyjnie usuwa martwy naskórek. Wygładza i zmiękcza skórę stóp.
Zawarte w peelingu oleje i masła roślinne nawilżają oraz regenerują suchą i popękaną skórę.
Olejki manuka i herbaciany walczą z bakteriami i grzybami oraz leczą pęknięte pięty.
Ziołowy aromat pilingu jest kompozycją naturalnych olejków eterycznych.
Podsumowując - ten produkt nie jest zły, wręcz przeciwnie, jego działanie ździerające jest bardzo dobre! Gdyby nie ten zapach oraz zbyt tłusta formuła, byłby to dla mnie piling idealny...
Jeśli nie przeszkadza Wam intensywna woń oraz bardzo tłusta warstwa, to bardzo polecam ten piling!
Dlatego zaczynam się już pomału rozglądać za jakimś nowym ździerakiem.
Znacie może jakiś godny polecenia?
Buziaki!
Stylizacja cienkich włosów z Bumble and Bumble i nie tylko
Kochani, dziś pokażę Wam kosmetyki do stylizacji włosów, które obecnie stosuję.
Dobór odpowiednich produktów, nadających się do cienkich i jednocześnie przetłuszczających włosów, nie należy do łatwych zadań.
Na przestrzeni lat do stylizacji używałam już najróżniejszych pianek, fluidów, mgiełek, sprayów, produktów drogeryjnych, profesjonalnych...
Kiedy jakiś czas temu zrobiło się nieco głośniej o kosmetykach Bumble and Bumble, postanowiłam się skusić na kilka produktów tej marki, jako że jestem otwarta na wszelkie nowości :)
Po 2 miesiącach stosowania tychże produktów mogę już nieco więcej o nich powiedzieć.
Prêt-à-powder jest bardzo delikatnym, przezroczystym pudrem, który ma za zadanie zwiększyć objętość włosów, spełnia także funkcję suchego szamponu.
Tyle zdaniem producenta.
Ja niestety muszę stwierdzić, że u mnie puder ten średnio się sprawdził. Owszem, zwiększa optyczanie objętość fryzury, ale jednocześnie, przynajmniej w moim przypadku, przyspiesza przetłuszczanie się włosów.
Próbowałam nakładać minimalną ilość tego pudru, jednak w rezultacie uzyskiwałam po kilku godzinach przetłuszczone strąki. Dlatego jeśli sięgam po ten puder, to tylko wtedy, gdy wiem, że jeszcze w ten sam dzień/wieczów umyję włosy.
Do tej pory spotkałam się z wieloma bardzo pozytywnymi opiniami o tym pudrze - szkoda, że ja nie do końca mogę je podzielić...
Suchy spray Thickening Dryspun Finish jest wykończeniowym produktem utrwalającym, który ma za zadanie nadawać objętość. Owszem, kosmetyk ten jest dosyć fajny, ale niestety brakuje mu trochę do ideału... Podobnie jak puder, spray ten może wpływać na szybsze przetłuszczenie się czupryny. Dlatego jeżeli zależy mi na tym, aby fryzura zachowała dłuższą świeżość, to rezygnuję z użycia tego sprayu... Stosuję go jedynie wtedy, gdy wiem, że wieczorem będę myła włosy...
Thickening Hairspray jest moim zdecydowanym faworytem i produktem, który bardzo dobrze się u mnie sprawdził. Przeznaczony jest do stylizacji cienkich włosów. Jest to spray, który może byc używany zarówno na mokre, jak i suche włosy. Ja stosuję go jeszcze na włosy mokre, przed modelowaniem. Ze względu na wodą konsystencję produkt ten jest niebywale wydajny! Jestem pewna, że wystarczy mi na bardzo długie miesiące.
Spray naniesiony na nasadę włosów delikatnie je unosi, jednocześnie nie obciążając ich. I co dla mnie najważniejsze, nie przyspiesza przetłuszczania! :) Włosy po jego użyciu są puszyste, błyszczące, jednocześnie przyjemnie szorstkie i grubsze w dotyku, takie jak lubię :) Posiadaczki cienkich włosów pewnie wiedzą, co mam na myśli ;)
Dodatkowo spray ten według obietnic producenta chroni włosy przed wysoką temperaturą, co dla mnie jest bardzo ważne, jako że sama używam po każdym myciu suszarki, a także często sięgam po lokówkę.
Jak narazie nie dostrzegam żadnych wad tego produktu, a wysoka wydajność rekompensuje cenę tego sprayu.
Na koniec chciałabym Wam jeszcze pokazać rewelacyjny produkt utrwalający marki L'oreal, a jest to popularny lakier Elnett. Bardzo dobrze nadaje się do mojej cienkiej czupryny, zwłaszcza ta wersja z różową obwódką, przeznaczona do włosów bez objętości - najlepszy lakier, jaki miałam! Nie skleja, nie obciąża, utrzymuje fryzurkę w ładzie, nie przetłuszcza włosów. Tani i wszędzie dostępny produkt za niewielkie pieniądze :)
Bardzo jestem ciekawa, jakie kosmetyki stosujecie do układania włosów!
Dobór odpowiednich produktów, nadających się do cienkich i jednocześnie przetłuszczających włosów, nie należy do łatwych zadań.
Na przestrzeni lat do stylizacji używałam już najróżniejszych pianek, fluidów, mgiełek, sprayów, produktów drogeryjnych, profesjonalnych...
Kiedy jakiś czas temu zrobiło się nieco głośniej o kosmetykach Bumble and Bumble, postanowiłam się skusić na kilka produktów tej marki, jako że jestem otwarta na wszelkie nowości :)
Po 2 miesiącach stosowania tychże produktów mogę już nieco więcej o nich powiedzieć.
Prêt-à-powder jest bardzo delikatnym, przezroczystym pudrem, który ma za zadanie zwiększyć objętość włosów, spełnia także funkcję suchego szamponu.
Tyle zdaniem producenta.
Ja niestety muszę stwierdzić, że u mnie puder ten średnio się sprawdził. Owszem, zwiększa optyczanie objętość fryzury, ale jednocześnie, przynajmniej w moim przypadku, przyspiesza przetłuszczanie się włosów.
Próbowałam nakładać minimalną ilość tego pudru, jednak w rezultacie uzyskiwałam po kilku godzinach przetłuszczone strąki. Dlatego jeśli sięgam po ten puder, to tylko wtedy, gdy wiem, że jeszcze w ten sam dzień/wieczów umyję włosy.
Do tej pory spotkałam się z wieloma bardzo pozytywnymi opiniami o tym pudrze - szkoda, że ja nie do końca mogę je podzielić...
Suchy spray Thickening Dryspun Finish jest wykończeniowym produktem utrwalającym, który ma za zadanie nadawać objętość. Owszem, kosmetyk ten jest dosyć fajny, ale niestety brakuje mu trochę do ideału... Podobnie jak puder, spray ten może wpływać na szybsze przetłuszczenie się czupryny. Dlatego jeżeli zależy mi na tym, aby fryzura zachowała dłuższą świeżość, to rezygnuję z użycia tego sprayu... Stosuję go jedynie wtedy, gdy wiem, że wieczorem będę myła włosy...
Thickening Hairspray jest moim zdecydowanym faworytem i produktem, który bardzo dobrze się u mnie sprawdził. Przeznaczony jest do stylizacji cienkich włosów. Jest to spray, który może byc używany zarówno na mokre, jak i suche włosy. Ja stosuję go jeszcze na włosy mokre, przed modelowaniem. Ze względu na wodą konsystencję produkt ten jest niebywale wydajny! Jestem pewna, że wystarczy mi na bardzo długie miesiące.
Spray naniesiony na nasadę włosów delikatnie je unosi, jednocześnie nie obciążając ich. I co dla mnie najważniejsze, nie przyspiesza przetłuszczania! :) Włosy po jego użyciu są puszyste, błyszczące, jednocześnie przyjemnie szorstkie i grubsze w dotyku, takie jak lubię :) Posiadaczki cienkich włosów pewnie wiedzą, co mam na myśli ;)
Dodatkowo spray ten według obietnic producenta chroni włosy przed wysoką temperaturą, co dla mnie jest bardzo ważne, jako że sama używam po każdym myciu suszarki, a także często sięgam po lokówkę.
Jak narazie nie dostrzegam żadnych wad tego produktu, a wysoka wydajność rekompensuje cenę tego sprayu.
Na koniec chciałabym Wam jeszcze pokazać rewelacyjny produkt utrwalający marki L'oreal, a jest to popularny lakier Elnett. Bardzo dobrze nadaje się do mojej cienkiej czupryny, zwłaszcza ta wersja z różową obwódką, przeznaczona do włosów bez objętości - najlepszy lakier, jaki miałam! Nie skleja, nie obciąża, utrzymuje fryzurkę w ładzie, nie przetłuszcza włosów. Tani i wszędzie dostępny produkt za niewielkie pieniądze :)
Bardzo jestem ciekawa, jakie kosmetyki stosujecie do układania włosów!
Elseve Fibralogy - maska oraz aktywator gęstości
W ostatnim poście przedstawiłam Wam mój ulubiony szampon do włosów.
A że po umyciu przychodzi pora na odżywienie, opowiem Wam dzisiaj o kosmetykach pielęgnacyjnych, których obecnie używam.
Nigdy nie byłam wierna jednej marce czy serii, jeśli chodzi o odżywki czy też maski do włosów. Przez ostatnie prawie 2 lata używałam naturalnej pielęgnacji marki Pat&Rub, a wczwśniej zaopatrywałam się głównie w kosmetyki do włosów u fryzjera.
Moje włosy nie są ani zniszczone, ani przesuszone, ale z natury są cienkie, mają skłonność do przetłuszczania. Poza tym regularnie suszę je suszarką i używam czasami lokówki. Od produktów do pielegnacji wymagam, aby nie obciążały moich cienkich włosów, nie przyspieszały przetłuszczania.
Kiedy jednak jakiś czas temu drogeryjna marka L'oreal Paris wypuściła na rynek serię Fibralogy, nie mogłam przejść obok niej obojętnie.
Seria ta przeznaczona jest do włosów pozbawionych objętości, a jej głównym zadaniem jest pogrubienie struktury włosa. A to wszystko za sprawą tajemniczej molekuły o nazwie Filloxane.
Według producenta:
A że po umyciu przychodzi pora na odżywienie, opowiem Wam dzisiaj o kosmetykach pielęgnacyjnych, których obecnie używam.
Nigdy nie byłam wierna jednej marce czy serii, jeśli chodzi o odżywki czy też maski do włosów. Przez ostatnie prawie 2 lata używałam naturalnej pielęgnacji marki Pat&Rub, a wczwśniej zaopatrywałam się głównie w kosmetyki do włosów u fryzjera.
Moje włosy nie są ani zniszczone, ani przesuszone, ale z natury są cienkie, mają skłonność do przetłuszczania. Poza tym regularnie suszę je suszarką i używam czasami lokówki. Od produktów do pielegnacji wymagam, aby nie obciążały moich cienkich włosów, nie przyspieszały przetłuszczania.
Kiedy jednak jakiś czas temu drogeryjna marka L'oreal Paris wypuściła na rynek serię Fibralogy, nie mogłam przejść obok niej obojętnie.
Seria ta przeznaczona jest do włosów pozbawionych objętości, a jej głównym zadaniem jest pogrubienie struktury włosa. A to wszystko za sprawą tajemniczej molekuły o nazwie Filloxane.
Według producenta:
„Filloxane” to wyjatkowa molekula o zdolnosci transformacji stanu skupienia z plynnego w staly.
Wnika w glab wlosa i rozprzestrzenia sie wewnatrz wlókien.
Filloxane tworzy multi polacznia i dobudowuje dodatkowa strukture we wnetrzu wlosa - Natychmiastowe uczucie grubszych włosów.
Ochrania przed uszkodzeniami powodowanymi suszeniem i stylizacją. Dodana struktura pozostaje we wlóknie wlosa.
Efekt ekspansji gestosci kumuluje sie przy kolejnych zastosowaniach."
Wnika w glab wlosa i rozprzestrzenia sie wewnatrz wlókien.
Filloxane tworzy multi polacznia i dobudowuje dodatkowa strukture we wnetrzu wlosa - Natychmiastowe uczucie grubszych włosów.
Ochrania przed uszkodzeniami powodowanymi suszeniem i stylizacją. Dodana struktura pozostaje we wlóknie wlosa.
Efekt ekspansji gestosci kumuluje sie przy kolejnych zastosowaniach."
Nie wierzę w bajki oraz w to, że maska zdoła pogrubić moje włosy. Mimo to zapragnęłam ją mieć! I tu natrafiłam na przeszkodę - okazało się bowiem, iż maska ta nie jest w ogóle w sprzedaży ani w Austrii, ani w Niemczech... W tych krajach zamiast maski dostępne jest serum do włosów. Jest to jednak produkt, którego się nie spłukuje, a więc nie dla mnie...
![]() | |
| Serum do włosów Fibralogy, które nie jest dostępne w Polsce. | Źródło: www.loreal-paris.de |
Dlatego musiałam uzbroić się w cierpliwość i poczekać kilka tygodni do urlopu w Polsce, podczas którego wreszcie mogłam kupić maskę :)
A do maski kupiłam dodatkowo aktywator gęstości, tak zwany zastrzyk gęstości włosa, który ma za zadanie wzmocnić działanie maski tudzież odżywki...
Maskę oraz aktywator należy zmieszać w proporcji 1:1.
Tak przygotowaną mieszankę trzymam na włosach przez 2-3 minuty.
Producent zaleca stosować te preparaty 1-2 razy w tygodniu, ja używam ich przy co 3-4 myciu i też jest OK :)
Jakie są moje wrażenia po kilkutygodniowym stosowaniu tego zestawu?
- włosy nie są obciążone, nie zauważyłam również, aby szybciej się przetłuszczały - to dla mnie wielki plus!
- trudno powiedzieć, czy włosy stały się grubsze - akurat wątpie w to, natomiast włosy są lekkie, przyjemnie sypkie, trochę szorstkie w dotyku, ale w pozytywnym sensie - posiadaczki cienkich i śliskich włosów będą wiedziały, co mam na mysli ;)
- ponieważ nie mam problemu z przesuszonymi i zniszczonymi włosami, trudno mi powiedzieć, jak maska na takich włosach się zachowa, moje włosy po jej zastosowaniu bardzo ładnie się błyszczą
- maska zamknięta jest w praktycznym plastikowym słoiczku, natomiast aktywator umieszczony jest w tubce
- maska ma konsystencję lekką, nieco żelową, a aktywator jest już lejący, niczym szampon
- obydwa produkty ślicznie pachną, zapach ten utrzymuje się nawet po spłukaniu
Bardzo jestem zadowolona z zakupu tych kosmetyków. Tym bardziej, że ich cena nie jest jakoś zawyżona - w drogerii Hebe zapłaciłam 19,99 zł za maskę i również tą samą kwotę za aktywator.
Z czystym sumieniem mogę polecić te produkty posiadaczkom cienkich włosów. Wprawdzie nie wierzę w pogrubienie włosów, ale zestaw ten spełnia moje oczekiwania - nie obciąża, pozostawia włosy lekkie, błyszczące, zadbane.
Nie jestem jakąś fanką L'oreal Paris, ale ta seria jest naprawdę udana!
Znacie Fibralogy?
Używacie masek do włosów?
A do maski kupiłam dodatkowo aktywator gęstości, tak zwany zastrzyk gęstości włosa, który ma za zadanie wzmocnić działanie maski tudzież odżywki...
Maskę oraz aktywator należy zmieszać w proporcji 1:1.
Tak przygotowaną mieszankę trzymam na włosach przez 2-3 minuty.
Producent zaleca stosować te preparaty 1-2 razy w tygodniu, ja używam ich przy co 3-4 myciu i też jest OK :)
Jakie są moje wrażenia po kilkutygodniowym stosowaniu tego zestawu?
- włosy nie są obciążone, nie zauważyłam również, aby szybciej się przetłuszczały - to dla mnie wielki plus!
- trudno powiedzieć, czy włosy stały się grubsze - akurat wątpie w to, natomiast włosy są lekkie, przyjemnie sypkie, trochę szorstkie w dotyku, ale w pozytywnym sensie - posiadaczki cienkich i śliskich włosów będą wiedziały, co mam na mysli ;)
- ponieważ nie mam problemu z przesuszonymi i zniszczonymi włosami, trudno mi powiedzieć, jak maska na takich włosach się zachowa, moje włosy po jej zastosowaniu bardzo ładnie się błyszczą
- maska zamknięta jest w praktycznym plastikowym słoiczku, natomiast aktywator umieszczony jest w tubce
- maska ma konsystencję lekką, nieco żelową, a aktywator jest już lejący, niczym szampon
- obydwa produkty ślicznie pachną, zapach ten utrzymuje się nawet po spłukaniu
Bardzo jestem zadowolona z zakupu tych kosmetyków. Tym bardziej, że ich cena nie jest jakoś zawyżona - w drogerii Hebe zapłaciłam 19,99 zł za maskę i również tą samą kwotę za aktywator.
Z czystym sumieniem mogę polecić te produkty posiadaczkom cienkich włosów. Wprawdzie nie wierzę w pogrubienie włosów, ale zestaw ten spełnia moje oczekiwania - nie obciąża, pozostawia włosy lekkie, błyszczące, zadbane.
Nie jestem jakąś fanką L'oreal Paris, ale ta seria jest naprawdę udana!
Znacie Fibralogy?
Używacie masek do włosów?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
