Odżywka L'biotica Biovax bambus & avocado

Odżywkę, o której dziś opowiem, odkryłam przypadkowo w trakcie kwietniowych zakupów w drogerii Super Pharm.

Właściwie cała seria "Bambus & olej avocado" przykuła moją uwagę - bowiem wszystko, co obiecuje efekt grubszych i gęstych włosów jest u mnie zawsze mile widziane :-)
Po wstępnych oględzinach odłożyłam grzecznie na półkę szampon i maskę, gdyż zapasy tego rodzaju produktów są u mnie całkiem spore, natomiast w koszyczku wylądowała zielona tubka z odżywką :-) 
Według producenta odżywka BB (Beauty Benefit) zapewnia nam aż 7 korzyści dla włosów: 
- wygładzenie
- termoochrona
- połysk
- nawilżenie
- ułatwienie rozczesywania
- ograniczenie elektryzowania się
- łatwiejsze układanie
Starannie opracowana receptura zawiera najcenniejsze ekstrakty pozyskane z bambusa oraz spajający je olej avocado, tworzące unikalny kompleks 3D Bamboo Protect. 
Ekstrakt z korzenia bambusa - najbogatsze, naturalne źródło organicznego krzemu sprzyjającemu wzmocnieniu, zagęszczeniu oraz pogrubieniu włókien
Wyciąg z liści bambusa - dotlenia uśpione cebulki, pobudzając je do życia oraz dopingując włosy do szybszego wzrostu. 
Olejek z młodych pędów bambusa - dzieki wysokiej koncentracji witamin i minerałów wzmacnia rdzeń włosa iuodparnia go na uszkodzenia wewnętrznej struktury. 
Olej avocado - tłoczony z rosliny wiecznie zielonej, jest wyjątkowo bogatym źródłem kwasu oleinowego, emolientu trwale nawilżającego skórę i włosy. Dzieki wysokiej zawartości odżywczych kwasów Omega 3 uzupełnia braki w kompozycji lipidowej włosów. Pokrywa włókna ochronnym filmem, zapobiegając rozdwajaniu się końcówek. 


Powiedzmy sobie szczerze - obietnice zagęszczenia włosów możemy schować między bajki - żaden kosmetyk nie jest w stanie wyczarować na głowie przyrostu nowych kosmyków. Kto jednak posiada cienkie i delikatne włosy, doceni zalety odżywki Biovax BB.
Jaka jest funkcja odżywki do włosów - każdy wie. Przede wszystkim ułatwienie rozczesywania, lekkie wygładzenie i nawilżenie, nadanie blasku. Do intensywniejszej regeneracji służą maski i kuracje.

Odżywka Biovax Bambus & Avocado doskonale radzi sobie ze swoim zadaniem - włosy po jej użyciu są gładkie, lśniące, można je bezproblemowo rozczesać. 
A co dla mnie jako posiadaczki cienkich włosów najważniejsze - odżywka nie obciąża kosmyków, nie powoduje szybszego przetłuszczania! Włosy są lekkie, sypkie i ładnie się układają. 
Odżywkę można śmiało stosować po każdym myciu, ja używam jej przy co drugim. Moje włosy są zdrowe i gładkie z natury i nie mam potrzeby sięgać częściej po tego typu produkt.

Odżywka Biovax Bambus & Avocado ma idealną konsystencję lekkiego budyniu - nie za rzadką, nie za gęstą. Ujmująco piękny zapach dostajemy w bonusie :-) Uwielbiam ją wąchać! :-) 
Wystarczy nałożyć ją na umyte, lekko wyciśnięte ręcznikiem włosy na 60 sekund, po czym po prostu spłukać. 
Produkt umieszczony jest w bardzo ładnej zielonej tubie, wykonanej z miękkiego plastiku, niezwykle poręcznej i wygodnej. Cena powala na kolana, w pozytywnym sensie oczywiście :-) O ile dobrze pamiętam zapłaciłam za nią w promocji 12 złotych.

Jeśli macie cienkie delikatne włosy, niewymagające intensywnej regeneracji, jeśli potrzebujecie produktu, który ułatwi rozczesywanie włosów bez zbędnego obciążenia, to ta odżywka jest interesującą propozycją dla Was. Ja jeszcze koniecznie chcę kupić sobie maskę z tej serii. 
Cieszę się, że istnieją takie fajne polskie marki, jak L'biotica - ich produkty są atrakcyjne cenowo, a jakość jest na prawdę bardzo dobra! 
Lubię dobre kosmetyki. A jeśli do tego jeszcze nie kosztują fortuny, to już w ogóle idealna kombinacja :)



Von Samsung Mobile gesendet

Aktualny rytuał oczyszczania twarzy - Eucerin, Red Blocker, Nuxe

Oczyszczanie twarzy to podstawa i bezwzględny warunek skuteczności pielęgnacji!
Jednak nie chcę pisać o tym, co każdy z nas dobrze wie, chcę natomiast dzisiaj podzielić się z Wami wrażeniami odnośnie kosmetyków przeznaczonych do demakijażu oraz oczyszczania twarzy, których obecnie używam. 


Trochę się w tej kwestii u mnie ostatnio pozmieniało i jestem bardzo zadowolona z obecnego stanu rzeczy. 


Zacznijmy od pierwszej czynności w tym całym rytuale, jakim jest demakijaż oczu. Odkąd ponad dwa lata temu odkryłam płyn micelarny Bioderma, stosowałam go nie tylko do zmywania makijażu twarzy, ale również i oka. Takie rozwiązanie wydawało mi się wtedy bardziej wygodne (jedna buteleczka mniej na łazienkowej półce) i dlatego wszelkie płyny do demakijażu oczy poszły w odstawkę. 
Niedawno jednak przeprosiłam się z produktami dwufazowymi i to chyba na dobre. Wprawdzie nie stosuję wodoodpornego makijażu, ale na przykład mój tusz to dosyć mocny zawodnik i musiałam zazwyczaj użyć sporej ilość płynu micelarnego, aby osiągnąc zadowalający efekt. Stąd pomysł powrotu do dwufazówki. 

Ponieważ lubię kosmetyki apteczne, postanowiłam poszperać właśnie w tej ofercie i zdecydowałam się na zakup płynu niemieckiej marki Eucerin, tym bardziej, że od niedawna stosowałam już ich żel oraz tonik - ale o tym poźniej ;)
Jestem z tego produktu bardzo zadowolona! Płyn, jak i wszystkie kosmetyki Eucerin z serii DermatoCLEAN są zupełnie bezzapachowe, nie zawierają konserwantów w formie parabenów ani alkoholu, który może podrażniać. Jest niezwykle łagodny dla oczu, ale i bardzo skutecznie spełnia swoją rolę. Już niewielka ilość płynu wystarczy, aby usunąć makijaż bez zbędnego tarcia, naciągania skóry i bez podrażnien. A w dodatku mogą go używać osoby noszące szkła kontaktowe, o czym przekonałam się na własnej skórze, a raczej oku :) Jeśli miałabym znaleźć jeden maleńki minus, to przyczepiłabym się do zakrętki - moim zdaniem odpowiedniejszym wyjściem byłoby tu zamknięcie na klik. Po wymieszaniu dwóch komponentów płyn stosunkowo szybko wraca do swojej pierwotnej postaci i dlatego należy szybko działać ;) Jest to jednak taki drobiazg, z którym da się żyć, ja już doszłam do wprawy, więc nie mam z nim żadnego problemu ;) 

Drugim krokiem jest usunięcie makijażu twarzy. Tu świetnie służył mi wyżej wspomniany płyn micelarny Bioderma, którego używałam przez ponad dwa lata. Kiedy w kwietniu byłam w Polsce, chciałam jak zawsze zrobić zapas tego micelu. Nie udało mi się niestety dostać mojej wersji Sensibio AR (na zaczerwnienia, do skóry naczynkowej) w poromocji 2 w 1, z której zawsze korzystałam... Dlatego tez postanowiłam wypróbować czegoś nowszego, tańszego... Mój wybór padł na płyn micelarny Red Blocker oraz na płyn Mixa do zaczerwienionej skóry, który cierpliwie czeka na swoją kolej. 


Cóż mogę powiedzieć o Red Blockerze? Produkt stanął na wysokości zadania! Bardzo dobrze radzi sobie z usuwaniem makijażu twarzy, jednocześnie jest bardzo delikatny dla skóry. Początkowo, zanim wróciłam do dwufazy, stosowałam Red Blocker również do zmywania makijażu oczu i w tej roli także świetnie sobie radził, nie powodując żadnych podrażnień itp. Nie wiem, czy płyn micelarny przyczynia się do wzmocnienia naczynek krwionośnych, ale z pewnością działa kojąco, a do tego całkiem dobrze nawilża skórę. Mam wrażenie, że pozostawia bardzo delikatną warstewkę na skórze, co mnie akurat nie przeszkadza, bo ja micel i tak później zmywam... 

Płyn micelarny służy przede wszystkim do usunięcia makijażu, natomiast w celu oczyszczenia twarzy sięgam po żel. I to kolejna odmiana w moim rytuale, bowiem do niedawna stosowałam kosmetyki wyłącznie w formie pianki. Jednak od jakiegoś czasku kusiło mnie, aby spróbować jakiegoś fajnego, łagodnego żelu, który dobrze i jednocześnie łagodnie oczyszczałby cerę mieszaną, czyli moją. Wybór padł na markę Eucerin. 


Tak samo jak w przypadku płynu do demakijazu oczu przekonał mnie skład  niezawierający mydła, parabenów, SLSów, barwników i zapachu. Płyn ma przyjemną konsystencję gęstego żelu, który po wymieszaniu wodą staje się łagodną pianką. Po użyciu tego kosmetyku mam poczucie, że skóra jest doskonale odświeżona i oczyszczona. Świetnie się sprawdza w przypadku mojej mieszanej cery, ale myślę, że posiadaczki cery normalnej tudzież suchej także będą zadowolone :) 

Po umyciu twarzy żelem obowiązkowo używam toniku. Staram się sięgać po toniki bezalkoholowe, łagodne. I tutaj równiez skusiłam się na produkt z serii DermatoCLEAN marki Eucerin. 


Ten bezzapachowy, nie posiadający w składzie parabenów i alkoholu kosmetyk idealnie odświeża skórę i przygotowuje ją do dalszej pielęgnacji. Nie ma mowy o jakimkolwiek podrażnieniu, przesuszeniu czy ściąganiu skóry! 
To by było na tyle, jeśli chodzi o mój wieczorny rytuał oczyszczania twarzy. 

Rano zaś oraniczam się do dwóch produktów - żelu i toniku. O poranku sięgam po inny żel, niż wieczorem, a mianowicie Reve de Miel marki Nuxe. 

Żel ten jest bardzo łagodny, zupełnie się nie pieni, co generalnie nie jest dla mnie problemem, ale do wieczornego oczyszczania wolę produkty z pianką ;) Żel Nuxe jak wspomniałam jest bardzo delikatny, zawiera w 95% naturalnych składników. Warto wspomnieć, że żel dosyć intensywnie pachnie, przy czym jest to zapach przyjemny, taki trochę miodowo-kwiatowy, ale jednak mocny. Tego rodzaju zapachy wolę osobiście w żelach pod prysznic, natomiast produkty do twarzy mogłyby jak dla mnie zupełnie nie pachnieć. 
Po użyciu żelu przychodzi pora na tonik, ten sam, którego uzywam wieczorem. 


Jestem bardzo zadowolona z tych wszystkich kosmetyków. Idealnie spełniają swoją rolę, są delikatne i jednocześnie skuteczne, nie zawierają agresywnych substancji myjących i konserwujących i nie kosztują fortuny! Pokazany przeze mnie micel Red Blocker jest z pewnością ciekawą i dużo tańszą alternatywą dla Biodermy Snesibio. Produkty Eucerin z serii DermatoCLEAN potwierdziły moją sympatię do kosmetyków z apteki. Czytałam niejednokrotnie, że kosmetyki Eucerin są wycofywane z Polski. Moja przyjaciólka, która pracuje w SuperPharm, nic nie wie na ten temat... Więc mam nadzieję, że to tylko bezpodstawne plotki. 

Bardzo jestem ciekawa waszych typów oraz tego, czy znacie pokazane przeze mnie produkty!

Mgiełka utrwalająca do makijażu Inglot / Makeup Fixierspray Inglot

Nie jest to kosmetyk pierwszej potrzeby, jednak dobrze mieć go w zasięgu ręki.
Wprawdzie to raczej gadżet, ale za to bardzo przydatny! 

Obwohl es kein kosmetisches Must-Have ist, ist es trotzdem gut, wenn man es zur Hand hat :)



Zazwyczaj stosuję mineralne bądź bardzo lekkie płynne podkłady. Makijaż wykonuję o 5:30 i na ogół nie przeszkadza mi to, że popołudniu i wieczorem nie jest on już tak perfekcyjny. 
Zdarzają się jednak sytuacje, gdy ten makijaż powinien wyglądać przez cały dzień nienagannie i wtedy z pomocą przychodzi mi utrwalacz makijażu Inglot. 

Normalerweise verwende ich Mineral- bzw. sehr leichtes flüssiges Foundation. Unter der Woche schminke ich mich um ca. 05:30h morgens und es ist klar, daß am Nachmittag bzw. Abend das Make-Up nicht mehr so perfekt ist.
Es stört mich eigentlich nicht, aber manchmal gibt es Tage, an denen ich am Nachmittag immer noch frisch aussehen möchte. Da kommt die Make-Up-Fixierung von Inglot zum Einsatz! 



Wiele kosmetycznych marek ma w o ofercie utrwalacze do makijażu, ja sama nie mam z nimi jednak żadnego doświadczenia - Inglot to mój pierwszy produkt tego typu. Idealnie spełnia swoje podstawowe zadanie - trzyma makijaż w ryzach aż do momentu demakijażu! 

Viele Kosmetikmarken haben Fixierungssprays im Angebot, zu denen ich aber keinen Vergleich habe, da das Spray von Inglot mein erstes Produkt dieser Art ist. Es erfüllt perfekt seine Aufgabe - Es hält das Make-Up in Schach, bis es entfernt wird!


Mgiełka gwarantuje ochronę i świeżość makijażu, jednocześnie jest tak delikatna i lekka, że w ogóle nie czuć jej na twarzy! Nie ma mowy o jakimkolwiek zapchaniu czy też podrażnieniu. 

Na uwagę zasługuje fakt, że mgiełka nie posiada w swoim składzie alkoholu, a to rzadkość w tego typu kosmetykach. 

Inglot garantiert den Schutz und den Erhalt der Frische des Make-Ups den ganzen Tag über. Das Produkt ist so leicht und fein, dass man es gar nicht auf der Haut spürt, und verursacht weder verstopfte Hautporen noch Hautreizungen.

Bemerkenswert ist die Tatsache, dass das Spray keinen Alkohol enthält, was für diese Art von Produkten selten der Fall ist.



Makeup Fixer Inglota dostępny jest w dwóch pojemnościach - ja mam wersję 50 ml, ale jeśli ktoś sięga częściej po utrwalacze, odpowiedniejsza będzie wersja o pojemności 150 ml. 

Der Make-Up-Fixierer von Inglot ist in zwei Größen erhältlich - Ich habe die 50ml-Version. Wenn man so etwas aber öfter braucht, gibt es auch eine 150ml Flasche. 


Mgiełka nie kosztuje fortuny - zapłaciłam za nią zaledwie 21 złotych. 
Mała niepozorna buteleczka o wielkiej mocy! :)  

Das Spray kostet kein Vermögen - ich hab dafür ca. 5€ in Polen bezahlt. 

Denko luty - marzec 2016

Jedno małe śmietnisko i tyle radości! ;) Bo właśnie denkowanie sprawia mi ogromną frajdę :) 
Od niepamiętnych czasów dążę do minimalizmu kosmetycznego i chyba jestem na całkiem dobrej drodze ;) Wszelkie zalegujące zapasy staram się zużywać jak szalona, a oto i wyniki moich starań z ostatnich dwóch miesięcy:






  • fluid pielęgnacyjny pod oczy marki Lierac z serii Magnificence - bardzo lekki produkt w formie pędzelkowej, która nie należy do moich ulubionych. Fluid używałam jako serum pod oko, nakładając dodatkowo krem. Ten egzemplarz dostałam jako gratis do kremu
  • tusz do rzęs Gosh Catchy Eyes - moim zdaniem najlepszy drogeryjny tusz, jeśli zależy Wam na podkręceniu i wydłużeniu rzęs! Piękny efekt i super trwałość spowodowały, że mam już kolejne opakowanie :) 
  • tusz do rzęs Helena Rubinstein Lash Queen Fatal Blacks - miało być tak pięknie, a wyszło trochę gorzej... Tusz bardzo mocno pogrubiał, lecz cóż z tego, skoro niemiłosiernie się osypywał... Raz na zawsze wyleczyłam się z helenkowych tuszy...
  • tusz do brwi MAC - niezastąpiony, o czym świadczy kolejne zużyte opakowanie :) 
  • krem do rąk Caudalie - mimo mojej wielkiej sympatii do marki Caudalie muszę stwierdzić, że ten krem to cienki zawodnik... Nawilżenie na bardzo krótką chwilę, zero efektów, nie polecam, niestety...


  • żel pod prysznic Pat&Rub - uwielbiam ich żele! Są bardzo pielęgnacyjne i wydajne! Mój ulubiony jest z serii otulającej, ale ten relaksujący również należy do faworytów :) 
  • pianka pod prysznic Rituals - mnie akurat te pianki nie ruszają... Wolę ich olejki pod prysznic ;) 
  • mydła w kostce ze Sztuki Mydła - uwielbiam te kostki, przy czym jednak Kozimilk mnie trochę rozczarował, bo strasznie szybko się rozpuszczał... Za to Kokomak z zatopionymi ziarenkami maku fantastycznie się spisywał :)


  • serum antycellulitowe Collistar - świetny produkt! To moje drugie opakowanie i pewnie będą następne, jeśli tylko trafię na jakąś fajną promocję ;) 
  • balsam dla dzieci z Pat&Rub - to również stały bywalec w mojej łazience. Lubię bezzapachowe smarowidła do ciała, a ten balsam bardzo fajnie nawilża i pielęgnuje nawet dorosłą skórę :)


  • masła do ciała Organique Sensitive oraz kawowe - wielokrotnie zachwycałam się masłami tej marki, nie bez powodu! Po ich użyciu skóra jest długotrwale nawilżona i wypielęgnowana


  • pianka do mycia rąk Bath & Body Works - dzięki kochanemu Eskowi mogłam wreszcie sama doświadczyć, jak świetne są te pianki! Jeśli kiedyś będę miała okazję zakupów w B&BW, na pewno skuszę się na kolejne! 
  • peeling do ciała Rituals - uwielbiam scruby tej marki i obecnie posiadam jeszcze inny wariant zapachowy, który bardziej mi odpowiada, niż pomarańczowy ;)


  • fluid pielęgnujący do cery mieszanej z Origins - niestety rozczarował. Do mojej mieszanej cery absolutnie się nie nadawał. Pozostawiał połyskującą warstewkę, właściwości pielęgnujacych nie zauważyłam... Nie udało mi się go całkowicie zdenkować... 
  • micel z Biodermy - koniecznie Sensibio AR :) Uwielbiam i używam od lat!
  • tonik bezalkoholowy marki Estelle & Thild - ta szwedzka firma produkująca ekologiczne kosmetyki jest w Polsce jeszcze mało znana, a szkoda... Zarówno tonik, jak i pianka, którą jeszcze mam, są fantastyczne! Z pewnością jeszcze skuszę się na kolejny zakup.


  • maska do włosów Energizing marki Organique - polubiłam ją przede wszystkim dlatego, że jest bardzo lekka i nie obciąża moich cienkich kosmyków. Produkt absolutnie wart polecenia!
  • olejek do skóry głowy Thin Hair z Phenome - kupuje go regularnie mimo wysokiej ceny... Jedyny olejek, który tak dobrze się sprawdza, mimo, iż mam cienkie włosy skłonne do przetłuszczania. Używany regularnie wzmacnia cebulki włosowe i przyczynia się do zahamowania wypadania
  • szampon Phenome na objętość - kiedyś go lubiłam, z czasem ta sympatia nieco zmalała... Moim zdaniem szampony z Yves Rocher sprawdzają się znacznie lepiej, a kosztują dużo mniej :)


  • krem Lierac Magnificence - wersja do cery mieszanej - jak dla mnie rewelacja! Niedawno zachwycałam się nim na blogu. W tym kremie odpowiada mi dosłownie wszystko. To już mój drugi zużyty słoiczek. Obecnie robię sobie od niego przerwę, ale z pewnością jeszcze do niego wrócę
  • krem pod oczy La Roche Posay Redermic C - to także drugie zużyte opakowanie. Fajny lekki kremik, który nie podrażnia. Jeśli chodzi o działanie to na efekty trzeba poczekać, ale ten krem rzeczywiście rozświetla okolice oczu i niweluje w jakimś stopniu widoczność cieni
  • olejek do twarzy Caudalie Polyphenol - moja mieszana cera średnio go polubiła... Miałam wrażenie, że olejek słabo się wchłania, a i stopień nawilżenia pozostawiał trochę do życzenia...
  • Caudalie Vinosource - jeden produkt w dwóch formułach - nawilżający sorbet oraz matujący fluid. Obydwie formuły bardzo dobrze sprawdziły się u mnie i z pewnością skuszę się na ponowny zakup!


A na koniec trzy wyrzutki... Niestety nie dało się ich zdenkować... Największe rozczarowanie ubiegłego roku, tym bardziej, że zwłaszcza produkty Aveda są drogie... 
  • Aveda odżywka oraz szampon do włosów cienkich - nie zauważyłam żadnych właściwości pielęgnujących, szampon niemiłosiernie plątał włosy a o objętości mogłam sobie tylko pomarzyć... 
  • Origins odżywka miętowa do włosów - to jakieś nieporozumienie! Uwielbiam wszystko, co miętowe, a ta odzywka miała być idealna do włosów tłustych... Tymczasem odżywka miała konsystencję niczym rzadki szampon, a co najdziwniejsze - przy wmasowywaniu we włosy zaczynała się pienić! Nie robiła nic, nie ułatwiała rozczesywania... jedynie pięknie pachniała, ale to zdecydowanie za mało... 
Jak widać większość pustaków dobrze się sprawdziła, choć znalazło się i miejsce na parę bubelków ;) 
Oby do następnego denka! :)


Maseczka oczyszczająco-matująca Sephora

Mud Mask z Sephory nie jest żadną nowością na rynku kosmetycznym, za to jest bardzo popularną maską, którą z pewnością większość z Was ją zna i lubi. Pisząc post o tym błotku nie wniosę tu niczego nowego i odkrywczego. Dla mnie jest to jednak kosmetyk wyjątkowy :)  

Nigdy nie byłam szczególną wielbicielką maseczek do twarzy, owszem, zawsze miałam jakieś w swoich zbiorach, ale sięgałam po nie od czasu do czasu, gdy tylko mi się przypomniało ;) 

Mud mask od Sephory jest zupełnie inna - to moja pierwsza maseczka, po którą sięgam regularnie i z wielką przyjemnością :) Dlaczego? Bo widzę efekty jej działania :) I tak już od trzech miesięcy w każdy piątkowy wieczór powtarzam ten dobroczynny oczyszczający rytuał. 

Skład maseczki oparty jest głownie na białej glince (kaolin), która absorbuje zanieczyszczenia skóry, posiada właściwości ściągające, oczyszczające i regenerujące. Maska zawiera także miedź, cynk, witaminy E, C, A, F oraz B5. 

Według producenta maseczka przyczynia się do zmniejszenia wydzielania sebum, usuwa zanieczyszczenia, pozostawia skórę matową, idealnie oczyszczoną, jednocześnie jej nie wysuszając. Oczyszcza pory i redukuje niedoskonałości. 

W tych obietnicach jest sporo prawdy :) Jestem posiadaczką skóry mieszanej z rozszerzonymi porami w strefie T, jednocześnie płytko unaczynionej, na której pojawiają się rozszerzone naczynka. Maseczka już po pierwszym użyciu pozostawia skórę niezwykle gładką i miękką w dotyku, oczyszczoną, odświeżoną. 
W żadnym wypadku nie podrażnioną i nie przesuszoną. 
Maska z pewnością nie spowoduje, że rozszerzone pory znikną, ale z pewnością przyczynia się do ich dogłębnego oczyszczenia i odblokowania. 

Producent zaleca stosować maskę 1-2 razy w tygodniu na oczyszczoną skórę. Już po chwili od nałożenia maska zastyga na skórze, a po upływie 10 minut można ją bezproblemowo usunąć za pomocą ciepłej wody, wykonując jednocześnie delikatny masaż za pomocą farfocli ukrytych w maseczce. 


Kiedyś miałam już słynną czarną maseczkę oczyszczającą od GlamGlow. Dzisiaj muszę przyznać, że Sephora jest idealną alternatywą dla GG, która kosztuje 4 razy więcej, a jej działanie i efekt są bardzo zbliżone. Mnie osobiście Sephora odpowiada bardziej, niż GG. Lubię w niej wszystko! Błotną konsystencję, świeży zapach, wygodne opakowanie, cenę, ale przede wszystkim działanie. Skóra staje się gładka, odświeżona, rozświetlona, wolna od zanieczyszczeń i nadmiaru sebum, a przez to mniej podatna na niedoskonałości i inne niespodzianki :) 


Bardzo się cieszę, że skusiłam się na tą maskę, bo dzieki temu odkryłam kolejny kosmetyk, którego nie może u mnie zabraknąć! 



Ukojenie w kremie: Toleriane Fluid z La Roche Posay

Nawet jeśli mamy już swój ulubiony sztab kosmetyków niezadownych, to czasem zdarzają się sytuacje, kiedy skóra się buntuje, kiedy mamy wrażenie, że nawet sprawdzone produkty nam nie służą. Wysypka, podrażnienie, zaczerwienienia bądź inne zmiany spowodowane uczuleniami, chorobą, warunkami atmosferycznymi, eksperymentami kosmetycznymi itp. 
Kiedy mnie przydarzy się taka "niespodzianka", odstawiam na jakiś czas wszystkie "codzienne" kremy, nie rezygnuję jednak całkowicie z pielęgnacji. Na pomoc przychodzi mi sprawdzony kosmetyk - fluid Toleriane marki La Roche Posay. 

O tym produkcie nie trzeba się zbytnio rozpisywać - po prostu działa, jak obiecuje producent. Lekki, kojący kosmetyk, w moim przypadku wersja do cery mieszanej i tłustej, uspokaja, koi podrażnioną i wrażliwą skórę, głównie za sprawą wody termalnej. Produkt nie zawiera substancji zapachwych ani konserwantów, a także alkoholu, barwników. Nie bez znaczenia pozostaje stosunkowo krótki skład produktu:

Niespodzianką było dla mnie bardzo dobre działanie nawilżające tego fluidu - oprócz ukojenia otrzymujemy świetne nawilżenie skóry, i to bez zapychania, bez świecenia, bez tłustej warstwy. Cera staje się gładka, aksamitna, a wszelkie podrażnienia znikają. 

W tym wygodnym i higienicznym flakonie ze sprawnie działającą pompką znajduje się 40 ml. kosmetyku. Jak już wspomniałam posiadam wersję do cery mieszanej i tłustej, ale na rynku dostępna jest również wersja o bardziej kremowej konsystencji, idealnej dla cery suchej. 

Warto sięgnąc po ten kremik, gdy cera kaprysi. Można go także używać jako stałej codziennej pielęgnacji w przypadku cery wrażliwej :)


Lakierowy pojedynek - Inglot kontra Chanel

Bardzo dawno nie pisałam na moim blogu o kolorówce, co oczywiście nie oznacza, że jej nie używam ;-) Dlatego też chciałabym napisać kilka słów o dwóch przepięknych lakierach do paznokci, jakie udało mi się zakupić w ostatnich tygodniach: 
Lakier marki Inglot z serii oddychającej nr 694 oraz lakier Chanel o nazwie Sunrise Trip z limitowanej serii L.A. Sunrise. 

Na pierwszy rzut oka lakiery te są do siebie dosyć podobne, dlatego postaram się je porównać. Chciałabym Wam pokazać, że ten oto lakier z Inglota jest bardzo fajną alternatywą dla dużo droższego Chanela ;-) 

Jeśli chodzi o kolory, to jak już wspomniałam są one bardzo podobne, ale nie identyczne! Chanel jest mocnym, nasyconym ciemnym fioletem, przypominającym kolor kalki biurowej ;-) Przy odpowiednim świetle fiolet ten staje się soczystym granatem. 
 
 
W przypadku lakieru Inglot kolorem bazowym jest granat, który w świetle sztucznym przybiera lekko fioletową barwę. Uwielbiam takie odcienie, które są nie do końca zdefiniowane. Obydwa lakiery są przepiękne i kwestię tego, który jest ładniejszy, pozostawię Wam :-) 
 
 
Kiedyś z wielką chęcią sięgałam po lakiery Chanel. Wąski precyzyjny pędzelek, świetna konsystencja umożliwiająca bezproblemową aplikację - niestety to już przeszłość. W przypadku tego lakieru konsystencja jest bardzo gęsta, jakby żelowo-gumowa, ciągnąca się! Niestety kiepsko się z nim pracuje. Na dodatek lakier tworzy bąbelki, trzeba nakładać bardzo cięką warstwę, aby tego uniknąć. Jednak przy takiej konsystencji lakieru jest to dosyć trudne! 
 
Dla odmiany oddychający lakier Inglot sprawia dużo mniej problemów! Właściwie nie mam mu nic do zarzucenia. Lakier łatwo i równomiernie sie rozprowadza, nie bąbelkuje, wysycha szybciej, niż Chanel (nie używam lakieru nawierzchniowego, jedynie kropli przyspieszających wysychanie). 
 
 
Obydwa lakiery mają podobną trwałość, około 4-5 dni. No może Chanel wytrzymuje 1 dzień dłużej w nienaruszonym stanie w porównaniu do Inglota ;) 


Oddychający lakier Inglota bardzo pozytywnie mnie zaskoczył! Mam ochotę na więcej odcieni z tej serii! Tym samym rozczarowała mnie ta nowa formuła Chanela - nieprędko skuszę się na kolejny lakier tej marki...