Sezon walki z cellulitem pora zacząć!

Czas leci nieubłagalnie szybko. Dopiero mieliśmy Boże Narodzenie, a tu już końcówka marca zbliża się wielkimi krokami! Dla mnie to ostatni dzwonek przed sezonem letnim, aby zatroszczyć się nieco o skórę, a dokładnie mówiąc o okolice dotknięte zmianami cellulitowymi. U mnie te zmiany może nie są jakieś ogromne, ale jednak są.
Uczywiście każdy z nas zdaje sobie sprawę, że sam kosmetyk nie załatwi problemu. Liczy się przede wszystkim systematyczna aktywność ruchowa, nie bez znaczenie pozostaje także prawidłowa dieta. Natomiast kosmetyki antycellulitowe są kropką nad "i". A przynajmnie ja jestem przekonana, że warto używać takich preparatów w celu optycznego wygładzenia i ujędrnienia, nawet, jeśli całkowita poprawa stanu skóry nie jest możliwa.
W zeszłym roku kupiłam sobie krem na cellulit marki Elancyl. Jeśli chodzi o działanie samego kremu, efekt był bardzo fajny. Skóra była lekko napięta, gładka, wyglądała po prostu lepiej. Niestety, zapach tego kremu zdyskwalifikował go u mnie zupełnie... Zapach był tak niesamowicie intensywny, że wżerał się w piżamę, w pościel, a nawet w materac. Dlatego po kilku miesiącach z żalem odstawiłam ten krem...
W tym roku postanowiłam poszukać czegoś innego. Miałam chrapke na popularny ostatnio olejek Super Slim marki Evree. Jako, że jednak marka ta jest dostępna w Polsce, a moje odwiedziny w ojczyźnie odwlekają się w terminie, musiałam się rozejrzeć za czymś innym, czymś, co jest dla mnie łatwo dostępne tu, gdzie mieszkam.
Postawiłam na włoską markę Collistar, której produkty, zwłaszcza te przeciwcellulitowe, cieszą się bardzo dobrą opinią. 

Okazało się, że wybór jest spory! A ja po prawie półgodzinnym dumaniu przed stoiskiem Collistara i po rozmowie z konsultantką Douglasa zdecydowałam się na zakup serum antycellulitowego.
Udało mi się nawet trafić na zestaw z bonusem w postaci antycellulitowych kapsułek! 
Według producenta serum zawiera rewplucyjną formułę, w której zastosowano komórki macierzyste jeżówki o właściwościach antycellulitowych oraz innowacyjny kompleks Phytosonic, oddziałujący na komórki tłuszczowe w sposób zbliżony do ultradźwięków. 
Serum ma rzeczywiście bardzo lekką postać, wchłania się bardzo szybko, nie pozostawia filmu, pachnie delikatnie, ale zapach ten nie utrzymuje się długo na skórze. Po wmasowaniu serum można zastosować dodatkowo balsam nawilżający, ale ja nie mam takiej potrzeby. Uważam, że serum nawilża skórę wystarczająco! 
Po prawie 2 tygodniach stosowania nie można oczywiście mówić o jakichkolwiek efektach kuracji, ale musze przyznać, że skóra wydaje się być gładka, lekko napięta. Jeśli chodzi o mocne działanie antycellulitowe, to z pewnością dam Wam znać za kilka miesięcy :) 

Jak tylko skończy mi się to serum, to zrobię sobie jeszcze kurację kapsułkami antycellulitowymi, które dostałam w gratisie. 
Według producenta kapsułki stworzone są na bazie kofeiny i escyny, zawierają aktywne składniki, gwarantujące szybką i skuteczną walkę z oznakami cellulitu. Kuracja kapsułkami trwa "tylko" 14 dni. 
Bardzo jestem ciekawa, jakie bedą skutki stosowania kosmetyków antycellulitowych Collistar. Czy obietnice producenta będzie można włozyć między bajki, czy też zauważe zadowalające efekty :) 

Jak wygląda Wasza walka z pomarańczową skórką? 
Znacie kosmetyki Collistar? 

Słów kilka o lano-balsamie Ziaja-med

Witam Was Kochani! 

Po prezentacji mojego ostatniego denka kilka osób wyraziło chęć poznania bliżej balsamu hipoalergicznego Ziaja. Balsam ten zdecydowanie zasłużył sobie na oddzielną recenzję, wszak jestem mu wierna juz od lat :) 


Zasadniczą zaletą tego balsamu w moich oczach jest zapach, a właściwie jego brak ;) Jeśli chodzi o kosmetyki pod prysznic bądź do kapieli, to bardzo lubię takie pięknie pachnące, intensywne. Natomiast  moje smarowidła do ciała muszą mieć w miarę neutralny zapach. Osobiście nie przepadam za tym, gdy zapach długo się utrzymuje na ciele, a poza tym mój Ukochany ma niezwykle wrażliwy nos i po prostu nie toleruje wielu zapachów, zwłaszcza tych leśnych, ziołowych, cytrusowych...



Lano-balsam Ziaja pochodzi z "aptecznej' serii tej marki pod szyldem "Klinika zdrowej skóry". 
W białej, skromnej, plastikowej butelce, charakterystycznej dla marki Ziaja, znajduje się 400ml lekkiej emulsji, która towarzyszy mi prawie codziennie w moim wieczorno-łazienkowym rytuale. Pompka jest dosyć wygodnym rozwiązaniem, jednak kiedy produkt zbliża się do denka, to niestety ta pompka zawodzi... Wówczas stawiam butelkę na głowie i w ten sposób wylewam resztę produktu.


Emulsja ma postać gęstego mleczka, które jednak bardzo szybko się wchłania, nie pozostawiając żadnej tłustej warstewki. 

Producent zaleca ten balsam głownie do pielęgnacji skóry odwodnionej, bardzo suchej. I tu nie do końca mogę się z nim zgodzić. Balsam ten rzeczywiście fajnie nawilża i pielęgnuje skórę, ale jeśli macie bardzo suchą, łuszczącą się skórę, ten produkt nie da sobie z nią rady, jest po prostu zbyt lekki. W takim przypadku to nawilżenie jest tylko na chwilę. Tu stanowczo polecam masła. 
Jeżeli jednak szukacie lekkiego kosmetyku do codziennej pielęgnacji "normalnej" skóry, to szczerze polecam Wam lano-balsam. 
Stopień nawilżenia określam jako "dobry". W końcu to "tylko" mleczko do ciała, a nie masło. Dlatego nie możemy zbyt wiele oczekiwać. 
Balsam idealnie nadaje się do wrażliwej skóry. Ja używam go chętnie bezpośrednio po depilacji - balsam koi skórę, nawilża, nie powoduję żadnych podrażnień i innych niespodzianek. 

Stosuję lano-balsam głównie na nogi, czasem także smaruję sobie nim ramiona i ręce. Kiedy jednak mam wrażenie, że moja skóra jest bardzo mocno przesuszona i się łuszczy, sięgam po moje niezawodne masło do ciała Pat&Rub.  




Podsumowując: lano-balsam Ziaja nie jest może super mocnym nawilżaczem, ale jeśli nie macie bardzo mocno wysuszonej skóry, będziecie zadowoleni!
Wielki plus za ciekawą konsystencję, która gwarantuje szybkie wchłanianie
Balsam nie posiada żadnego zapachu, co dla mnie jest zaletą. Nie podrażnia, nie uczula, za to przyzwoicie pielęgnuje skórę. 
Minusem jest na pewno pompka, która zawodzi, gdy produkt zbliża się do dna. Jednak tę drobną niedoskonałość jestem w stanie wybaczyć ;) 
Lano-balsam można kupić w wielu aptekach, cena waha się w granicach 16-20 zł. 


Podkład Eisenberg Invisible Correcteur - dobry, ale bez rewelacji

Podkład idealny - kto z nas zdołał taki znaleźć? 
Ja przez ostatnie 8 miesięcy używałam podkładu, który w moim przekonaniu był bardzo dobry, ale do ideału mu jednak trochę brakowało.
Mowa o podkładzie Eisenberg Invisible Correcteur
Chociaż byłam z niego dosyć zadowolona, a przez pewien czas nawet myślałam, że jest to ideał, to jednak nie powtórzę już zakupu. 
Ostatnio trafiłam na make-up, który u mnie spisuje się jeszcze lepiej, niż Eisenberg, ale to juz inna historia ;) 

Na samym początku muszę wspomnieć, czego oczekuję od dobrego podkładu. 
Ja lubię lekkie make-upy, dające efekt "drugiej skóry", niewyczuwalne i niemal niewidoczne na twarzy. Podkład musi lekko wyrównywać odcień skóry, ale go nie zmieniać. Nie może powodować świecenia ani efektu maski na mojej mieszanej cerze.Ciężkie kryjące podkłady nie są dla mnie.

Jeśli chodzi o propozycję Eisenberg, to schody zaczynają się już przy samym zakupie. I mam tu na myśli nie tylko jego bardzo wysoką cenę, ale przede wszystkim dosyć ubogą gamę kolorystyczną - zaledwie 5 odcieni.
Niestety nie mam możliwości zakupu kosmetyków marki Eisenberg stacjonarnie, dlatego też musiałam kupić podkład w ciemno, bez uprzedniego zastosowania testera. 
Najpierw kupiłam sobie odcień 01 Natural. Jest to dosyć naturalny jasny beż, który niestety mocno wpada w żółć. 
Po jakimś tygodniu stosowania tego odcienia stwierdziłam, że brakuje mi w nim nieco różowego pigmentu, takiego, który nadawałby twarzy świeżości. Dlatego postanowiłam dokupić sobie drugi podkład w różowym kolorze, aby móc go mieszać z moim zółtkiem. Padło na odcień 00 Porcelain. Bardzo jaśniutki różyk, w sam raz dla bladziuchów. 
No i mieszałam sobie tak te odcienie, ale to jeszcze nie było to, czego oczekiwałam... Ta mieszanka niestety okazała się dla mnie zbyt jasna, jak na tamtą porę roku, kiedy byłam jeszcze opalona. Postanowiłam więc poratowac się trzecim odcieniem - 02 Natural Rosy - ciemniejszym beżem z zawartością różu. 
I tak w lecie mieszałam sobie odcień 01 z 02, a zimie 00 z 02. Udało mi się w ten sposób uzyskać kolor, z którego wreszcie byłam zadowolona. 
Mimo wszystko nie jest to dobre rozwiązanie, bo jeśli kupuję podkład w tej cenie, to musi być to kolor idealny, bez potrzeby kombinowania i innych eksperymentów. 


Krycie podkładu Eisenberg określiłabym mianem lekkiego - czyli takiego, jakie lubię najbardziej. Kosmetyk daje się bezproblemowo rozprowadzić na skórze - ja używam w tym celu palców. Drobne zmiany, jak również pory, stają się mniej dostrzegalne, a cera prezentuje się naturalnie upiększona. ALE ten efekt niestety nie utrzymuje się przez cały dzień... Byłam przekonana, że to normalka w przypadku tak lekkiego podkładu. Dlatego akceptowałam fakt, że popołudniu cera nie wygląda już tak, jak o poranku, że po podkładzie nie było ani śladu... Teraz wiem, że tak być nie musi, że istnieją lekkie naturalne podkłady, które upiększają skórę na cąły dzień :) 

Co mnie jednak zachwyciło w podkładzie Eisenberg? Podkład ten idealnie stapia się z cerą. Już po chwili od nałożenia kosmetyk jest zupełnie niewyczuwalny, zaskakujący swoją lekkością. Kosmetyk nie brudzi - gdy przejechałam sobie dłonią po twarzy, nie dostrzegłam żadnych śladów po podkładzie. Poza tym był to dla mnie pierwszy podkład, po zastosowaniu którego twarz była bardzo dobrze nawilżona i jednocześnie matowa. Zazwyczaj po innych podkładach moja strefa T błyszczała się nieestetycznie, natomiast przy Eisenbergu ten problem nie pojawił się wcale. Dodam, że jestem posiadaczką mieszanej cery. 

Podkład Eisenberg o pojemności 30 ml zamknięty jest w ładnym, szklanym flakonie z pompką, która działa bezproblemowo. Należy jedynie regularnie czyścić otworek aplikatora, z którego wydobywa się kosmetyk. Sam produkt ma lekką i stosunkowo lejącą konsystencję, która jednak nie jest wodnista. 
Dla zainteresowanych podaję skład:
AQUA - ISODODECANE - TITANIUM DIOXIDE - CYCLOPENTASILOXANE - ETHYLHEXYL METHOXYCINNAMATE - POLYGLYCERYL-10 TRIISOSTEARATE - SILICA - MICA - GLYCERIN - BIS-HYDROXYETHOXYPROPYL DIMETHICONE/IPDI/SORBITAN STEARATE COPOLYMER - ZINC STEARATE - CAPRYLYL DIMETHICONE ETHOXY GLUCOSIDE - HYDROGENATED STYRENE/ISOPRENE COPOLYMER - DIMETHICONE - SODIUM CHLORIDE - DIMETHICONE/VYNIL - DIMETHICONE CROSSPOLYMER - HEXYLENE GLYCOL - POTASSIUM SORBATE - CHLORPHENESIN - PARFUM - SODIUM DEHYDROACETATE -MANNITOL - GLUCOSE - FRUCTOSE - SORBITOL - LAURETH-4 - SUCROSE - DEXTRIN - UREA - TOCOPHEROL - PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL - FAGUS SYLVATICA EXTRACT - ASCORBYL PALMITATE - LACTIS PROTEINUM - PHOSPHOLIPIDS - CETEARYL GLUCOSIDE - TALC - BACILLUS FERMENT - PHENOXYETHANOL BENZYL ALCOHOL - POLYAMINOPROPYL BIGUANIDE - GLUTAMIC ACID ALANINE - ASPARTIC ACID - PUNICA GRANATUM EXTRACT - GLYCERYL STEARATE SE - XANTHAN GUM - CI 77891 - CI 77491 - CI 77492 - CI 77499 "
 
Gdyby nie te niedogodności związane z doborem koloru oraz z kiepską trwałością, podkład ten byłby dla mnie ideałem. 
Jak już na początku wspominałam ostatnio odkryłam inny lekki podkładzik, Nude Air od Diora, z którego jestem jeszcze bardziej zadowolona, niz z Eisenberga. Ale to już temat na oddzielny post... :) 


Denko grudzień 2014/styczeń 2015

Cześć Kochani! 

Nadszedł dzień, aby pozbyć się wreszcie pustych opakowań, które skrzętnie chomikowałam przez ostatnie 2 miesiące. 
Nie ma tego jakoś zadziwiająco dużo, ale i tak całkiem jestem zadowolona z wyniku ;) 

Krem na dzień Ahava z serii Time to Smooth - jest to już trzeci słoiczek tego kremu, który zużyłam. Bardzo fajnie się spisywał, dobrze nawilżał, ale teraz chciałam spróbować czegoś nowego, więc w najbliższym czasie nie planuję powrotu do tego kremu.
Krem do rąk Ahava Dermud Intensive Hand Cream - działanie oceniam bardzo wysoko, jednak przeszkadzał mi paskudny zapach tego kremu, dlatego raczej już nie powtórzę zakupu.



Mydło w płynie Alverde - przeciętne mydło, taki średniaczek, raczej już nie kupię ponownie. 
Dezodorant Alverde - staram się używać dezodorantów nie tylko bez zawartości aluminium, ale także bezalkoholowych. Ten dezodorant miał sporo alkoholu w składzie, a i tak jego działanie nie było jakoś szczególnie dobre. Dlatego nie skuszę się na powrót.


Micel Bioderma - mój ukochany płyn, bez którego nie mogę się obejść. Miłość od pierwszego użycia :) Dokładnie i jednocześnie delikatnie oczyszczają twarz oraz oczy z makijażu, bez podrażnień oraz przesuszeń. Mam jeszcze kilka butelek w zapasie.

Lakier do włosów L'oreal Elnett - fantastyczny lakier, do którego na pewno jesycye wrócę, jak wykorzystam zapas. Ostatnio jednak bardzo rzadko sięgam po lakier do włosów ;)

Oliwka dla dzieci Hipp - o tej oliwce pisałam TUTAJ
Oczywiście mam już kolejne opakowanie :)



Szampon Phenome do cienkich włosów
Olejek do skóry głowy Phenome Thin Hair
To jedne z moich kosmetycznych hitów, które udało mi się odkryć w zeszłym roku. Wierzę w dobroczynne działanie tego olejku. Olejek wzmacnia włosy oraz cebulki, bez obciążania. Szampon skutecznie i jednocześnie delikatnie oczyszcza i pielęgnuje włosy, a do tego ma bardzo dobry naturalny skład :) 
To pierwszy naturalny szampon, który tak dobrze mi służy!



Tonik, emulsja oraz pianka do oczyszczania twarzy Pharmaceris do cery wrażliwej i alergicznej - bardzo dobrze się u mnie sprawdzają, szczególnie pianka jest moim ulubieńcem, do którego zawsze wracam.



AA Prestige Eliksir naprawczo-ujędrniający - to jedno z tych serum, po użyciu których skóra jest od razu nawilżona i elastyczna. W przeciwieństwie do Estee Lauder Advanced Night Repair. Niestety serum EL nie robiło nic, kompletnie nic. Być może przy długotrwałym używaniu można odnotować jakieś efekty, ja jednak jestem trochę niecierpliwa i od kosmetyku oczekuję natychmiastowego działania ;) 
Chętnie kiedyś powtórzę zakup serum AA. Na EL z pewnością się już nie skuszę.

Balsam do ust Tisane - mój absolutny ulubieniec w kategorii pielęgnacji ust. Uwielbiam go pod każdym względem, ale przede wszystkim jest od szalenie skuteczny!



Tonik Pat&Rub - mój ulubiony tonik do twarzy. Ma świetny skład, idealnie nadaje się dla kapryśnych cer. Oczywiście używam już kolejnego opakowania :)



Lano-balsam Ziaja - balsam z aptecznej serii Ziaji. To już moje kolejne opakowanie. Kiedys w końcu będę musiała poświęcić mu osobny post, bo jest to naprawdę bardzo fajny kosmetyk. Wielki plus za brak zapachu, lekką konsystencję, która bardzo szybko się wchłania oraz za cenę. Lekki i skuteczny nawilżacz, który towarzyszy mi już w sumie od kilku lat. 
Annemarie Börlind krem do ciała z limitowanej migdałowej serii - markę tę odkryłam stosunkowo niedawno i bardzo jestem zadowolona z tej znajomości. 
Bardzo mocno nawilża, pachnie nienachalnie, szybko się wchłania. Muszę sobie zrobić zapas, bo krem pochodzi niestety z limitowanej zimowej serii.



Tak oto przedstawia się moje kosmetyczne śmietnisko z ostatnich dwóch miesięcy. Zadziwiająco mało zużywam kolorówki, mimo, że właściwie codziennie się maluję ;) 
Jeśli znacie coś z mojego denka, dajcie koniecznie znać :) 


Seche Vite czy Insta Dri? W poszukiwaniu idealnego top coatu

Dobry top coat to podstawa manikiuru - każdy o tym wie :)
O ile nie zawsze widzę potrzebę zastosowania lakieru podkładowego, to jednak bez lakieru nawierzchniowego nie potrafię się obejść. 
Najważniejsze właściwości dobrego top coatu to przede wszystkim przyspieszenie procesu wysychania lakieru, przedłużenie trwałości oraz nadanie połysku. 
Dziś chciałabym pokrótce opowiedzieć Wam, jak pod tymi względami spisują się u mnie dwa bardzo popularne produkty: 
Seche Vite oraz Insta Dri (Sally Hansen)


Informacje ogólne: 
Obydwa produkty mają podobną pojemność (SV-14 ml, ID-13,3 ml) oraz podobną cenę, która waha się w okolicach 30-40 złotych.
Muszę przyznać, że buteleczka Seche Vite jest dużo bardziej stabilna i zarazem wygodniejsza przy nakładaniu lakieru. Buteleczka Insta Dri jest półpłaska i przez to w trakcie manikiuru łatwo może sie przewrócić przy chwili nieuwagi.
Jeśli chodzi o pędzelki, to nie widzę tu dużej różnicy - obydwa są wyodne i precyzyjne. Konsystencja obydwu utwardzaczy także jest bardzo podobna - raczej gęsta, może ciut gęstsza w Seche Vite. Krążą opinie, że top coat Insta Dri dużo szybciej glucieje - u mnie jednak nie zauważyłam (jeszcze) żadnych zmian.



Zapach: 
Oczywiście, jak to przy lakierach, nie możemy spodziewać się aromatu przyjemnego dla naszych nosów. Przyznaję jednak, że Seche Vite strasznie mocno śmierdzi rozpuszczalnikiem i ten smrodek utrzymuje się niestety przez długi czas. Za to jego konkurent Insta Dri nie śmierdzi już tak mocno, charakterystyczny lakierowy smrodek jest tu nawet w miarę delikatny, jesli można tak powiedzieć. Po wyschnięciu zapach jest właściwie niewyczuwalny.
W tej kategorii zdecydowanie zwycięża Insta Dri. 


Działanie: 
Moim skromnym zdaniem Insta Dri szybciej wysusza lakier, niż Seche Vite. Seche Vite pozostawia taką "miekką" warstwę, która wymaga nieco więcej cierpliwości i czasu. Insta Dri używam chętnie wieczorem, bez obawy, że na paznokciach odciśnie mi się wzorek z pościeli. 
Natomiast jeśli chodzi o przedłużenie trwałości lakieru, to obydwa produkty zachowują się podobnie. Szczerze mówiąc nie zauważyłam jakiejś szczególnej ochrony przed odpryskiwaniem lakieru. Pierwsze odpryski pojawiają się u mnie już około 3-go dnia po wykonaniu manikiuru.  Tak więc bez rewelacji. Efekt przedłużenia trwałości lakieru jest dosyć mierny. 
W kwestii nadania połysku oraz upiększenia paznokci obydwa produkty spisują się bardzo dobrze! Lakiery tworzą bardzo ładną połyskującą taflę, wyrównują drobne niedoskonałości w strukturze płytki. Paznokcie po zastosowaniu tych top coatów rzeczywiście wyglądają niczym pokryte żelową emalią. Nie widzę tu żadnej różnicy pomiędzy Insta Dri, a Seche Vite. 


Podsumowanie: 
Według mnie obydwa produkty nie są ideałami. Przeszkadza mi to, że bardzo słabo przedłużają trwałość lakieru. 
Z drugiej jednak strony bardzo ułatwiają mi szybkie wykonanie manikiuru dzięki właściwościom wysuszającym. Moja pokryta bruzdami płytka potraktowana top coatem staje się optycznie upiększona i wygładzona, a pazurki błyszczą niczym żele :) 
Jeśli miałabym wybrać ten lepszy produkt, to stawiam na Insta Dri od Sally Hansen. Przede wszystkim dlatego, że szybciej radzi sobie z wysuszeniem oraz nie śmierdzi tak mocno, jak Seche Vite. 
Niemniej jednak chętnie wypróbuję czegoś nowego, co byc może jeszcze dodatkowo uchroni lakier przed odpryskiwaniem. Być może skuszę się na kultowy Good to Go od Essie. 

Ciekawa jestem, jakie utwardzacze spisują się u Was najlepiej? 
Dajcie koniecznie znać! 
A tym czasem miłego i spokojniej niedzieli oraz dobrego tygodnia Wam życzę :) 




Haul zakupowy w Yves Rocher

Witajcie Kochani!

Do marki Yves Rocher mam bardzo duży sentyment - odkryłam ją jakieś 13 lat temu i do dziś chętnie sięgam po jej kosmetyki.

Kiedy niedawno w blogosferze coraz głośniej zrobiło się o serii 7.9, wiedziałam, że koniecznie muszą ją bliżej poznać! Szczególnie skusił mnie mnie fakt, że 90% składników pochodzi z natury, czyli jest tak, jak lubię :)
Tak więc wybrałam się niedawno do sklepu firmowego, a że akurat była obniżka -50% na wszystkie kosmetyki, wpadło mi do koszyka kilka drobiazgów ;)


Krem rewitalizujący na dzień usuwający oznaki zmęczenia do skóry normalnej i mieszanej

Nazwa 7.9 oznacza 7 aktywnie działających roślin i 9 patentów przeciwstarzeniowych, które zawarte są w kosmetykach tej serii.
Seria adresowana jest dla kobiet od około 35-go roku życia, jej zadaniem jest zwalczanie pierwszych oznak starzenia, takich jak zmarszczki mimiczne, bruzdy, zmęczona ziemista cera, niejednolity koloryt.
Niedawno postanowiłam zrobić sobie przerwę od kremu Ahava, którego używam od prawie roku.

Ja zdecydowałam się na zakup wersji do skóry normalnej i mieszanej, dostępny jest także krem do skóry suchej.

Krem okazał się być strzałem w dziesiątkę! Posiada cudownie puszystą konsystencję, pozostawia skórę miekką, wspaniale nawilżoną i odżywioną. Jestem z niego na tyle zadowolona, że jeszcze dokupię sobie wersję na noc. 
Co ciekawe, kiedy krem się skończy, nie trzeba kupować nowego słoiczka, bowiem można dokupić wkład, który jest sporo tańszy! :)


Rewitalizujący roll-on pod oczy

Lekki, przyjemny nawilżacz, je używam go na dzień w połączeniu z serum pod oczy. Bez serum efekt nawilżenia suchej skóry po oczami byłby moim zdaniem zbyt słaby. Kremik nie wywołuje u mnie łzawienia ani podrażnienia.



Miodowy żel pod prysznic
Bardzo delikatny dla skóry, bo nie wysusza, a przy tym skuteczny i pięknie pachnący żel, który w 99% wykonany jest ze składników pochodzenia naturalnego. Świetny produkt w dobrej cenie!


Dezodorant w kulce Kwiat bawełny
Jeden z niewielu dezodorantów bez zawartości soli aluminium i alkoholu, które są naprawdę skuteczne. Świetnie się sprawdza i gwarantuje ochronę przez cały dzień. Ja z pewnością pozostanę wierna tej kulce!


100% Masło karite
To chyba najsłabsze ogniwo z całej gromadki. Kupiłam to masło głównie z myślą o pielęgnacji skóry dłoni, ale szczerze mówiąc nie jestem do końca zadowolona z działania. Mam wrażenie, że masło to natłuszcza, ale nie nawilża skóry. Zużyję je bez większej przyjemności :)


Dajcie prosze znać, czy znacie może te kosmetyki? Jaka jest wasza opinia o Yves Rocher?


Największe odkrycia roku 2014

Moi Kochani,
jak większość z Was o tej porze roku i ja pokuszę się o małe zestawienie kosmetycznych hitów, które udało mi się odkryć w ubiegłym roku. 

Rok 2014 był dla mnie dosyć owocny, jeśli chodzi o kosmetyki, trafiłam na sporo produktów, które stały się moimi ulubieńcami. 
Tym razem wyznaczyłam sobie poprzeczkę nieco wyżej i wymyśliłam jedynie kilka bardzo ogólnych kategorii. W każdej z tych kategorii postanowiłam wybrać tylko jeden jedyny kosmetyk, taki najbardziej naj :) 
W przypadku niektórych kategorii nie było łatwo wyróżnić tylko jeden kosmetyk, uwierzcie mi, ale w rezultacie wyłoniłam tych oto zwycięzców: 

PIELĘGNACJA SKÓRY TWARZY/POD OCZAMI
Serum pod oczy Super Aqua/Eye marki Guerlain - wychwalałam to serum już niejednokrotnie,  TUTAJ znajdziecie recenzję. Nidy nie miałam tak dobrego kosmetyku pod oko. Dzięki niemu nie mam problemów ze skórą w tej okolicy. 
Rewelacyjne działanie i spora wydajność.

PIELĘGNACJA CIAŁA
W tej kategorii zwyciężają pachnące kosmetyki pod prysznic, których w ubiegłym roku u mnie nie brakowało. Przeważającą większość stanowią produkty polskiej marki Organique. Wszystkie bardzo lubię i ciężko było mi wybrać ten jeden jedyny - po długim namyśle wybieram żel Energizing, który odpowiada mi najbardziej pod względem zapachu. Chociaż inne żele także pięknie pachną... Ciężki wybór, naprawdę... ;) 

WŁOSY
I tutaj miałam spory dylemat. Wahałam się pomiędzy trzema produktami, wszystkimi od Phenome ;) Zdecydowałam ostatecznie, że na zwycięstwo zasłużył sobie olejek przeciwdziałający wypadaniu włosów i wzmacniający cebulki Thin Hair. Nie wiem, czy to tylko olejek tak u mnie podziałał, czy jeszcze inne czynniki, ale fakt jest taki, że po umyciu włosów znajduję w wannie oraz na grzebieniu dużo mniej włosów, niż kiedyś. Wierzę, że olejek ma dobroczynne działanie na skórę głowy. Nie wpływa na zwiększenie się przetłuszczania - olejek nakłada się przed myciem. Nie obciąża włosów. W dodatku jest wydajniejszy, niż się spodziewałam. 
Nawet teraz, kiedy nie mam problemu z wypadaniem, używam chętnie tego olejku, bo uważam, że nie tylko włosy, ale i skóra głowy oraz cebulki zasługują na pielęgnację. Genialny kosmetyk z bardzo fajnym naturalnym składem. 

MAKIJAŻ
Sporo fajnych malowideł trafiło w ubiegłym roku do mojej kosmetyczki - genialny podkład, szminki, błyszczyki, puder... Ale jeśli mam wybrać jeden kosmetyk, bez którego nie mogę żyć, to będzie to tusz do rzęs :) Bardzo długo poszukiwałam idealnego tuszu, który będzie w stanie podkreślić moje sztywne i proste rzęsy. I kiedy wydawało się, że mam już swojego faworyta, odkryłam to oto cudeńko - tusz Diorshow Iconic Overcurl. Jedyny tusz, który potrafi unieść moje toporne rzęsy! Mój absolutny ideał i zdecydowanie największe odkrycie roku. Pięknie podkreśla rzęsy, jest trwały, jednocześnie łatwo się zmywa. Choć do najtanszych nie należy, to jedno opakowanie wystarczy mi prawie na pół roku. Poza tym za każdym razem udaje mi się go kupić na jakiejś promocji, np. -30%, -20%... 

MARKA KOSMETYCZNA
W tej kategorii postanowiłam wyróżnić kosmetyki marki Dior, na które trafiłam w roku 2014, gdyż każdy z tych produktów świetnie się u mnie sprawdził. Głównie są to kosmetyki do makijażu, z moim ukochanym tuszem do rzęs na czele. 


Oprócz tuszu odkryłam jeszcze wspaniałe malowidła do ust, cienie do powiek, róże, brązer, a także lakiery do paznokci, balsam brązujący, olejek pielęgnujący do skórek i paznokci. 
Nie wszystkie kosmetyki z "górnej półki" są gwarancją skuteczności i satysfakcji, ale w przypadku marki Dior jeszcze nigdy się nie zawiodłam. 
Dlatego mój wielki aplauz dla Diora :) 

Z zainteresowaniem czytam Wasze posty z ulubieńcami i odkryciami roku. Jeśli znacie któryś z przedstawionych przeze mnie hitów, dajcie koniecznie znać :)