Denko kwiecień - lipiec 2016

Denko pozornie wydaje się być całkiem spore, ale myślę, że jak na 4 miesiące nie ma tego wcale aż tak wiele ;)
Dużo tu produktów, których zaczęłam używać już wcześniej, ale właśnie w ostatnich miesiącach zabrałam się za ostre denkowanie. 
A oto i rezultat:






  • Żel micelarny Sephora - kupiłam go w kwietniu będąc w Polsce, gdy potrzebowałam czegoś do zmywania makijażu w małej pojemności. Żel ten bardzo dobrze sobie radził, ale obecnie nie planuję zakupu. 
  • Płyn micelarny Red Bloker - fajny i skuteczny micel, który nie wchłania się do zera, co z pewnością spodoba się posiadaczkom suchej cery. Nie planuję ponownego zakupu, gdyż mój obecny micel bardziej mi odpowiada. 
  • Płyn micelarnyBioderma Sensibio AR - nie pamiętam, która to już zużyta przeze mnie buteleczka. Mam jeszcze jeden dwupak w zapasach, ale ponownie raczej nieprędko kupię. Mój obecny micel marki Mixa jest moim zdaniem idealny, a kosztuje mniej, niż Bioderma :) 
  • Pianka do oczyszczania twarzy Estelle & Thild - bardzo przyjemny produkt, świetny skład, skuteczność i łagodność w jednym. Ponowny zakup jest bardzo prawdopodobny, ale to będzie raczej żel, jako że konsystencja pianki trochę mi się znudziła ;) 
  • Tonik Norel z serii Sensitive - bardzo przyjemny kosmetyk, nie mam mu nic do zarzucenia, prawdopodobnie kiedyś ponownie kupię.



  • Żel pod prysznic Dresdner Essenz o zapachu kwiatu wiśni - ta miniaturka towarzyszyła mi podczas naszego urlopu w Irlandii. Przyjemne działanie, ale spodziewałam się ładniejszego zapachu. Tej wersji żelu raczej już nie kupię. 
  • Żel podprysznic Nuxe - uwielbiam za wszystko - zapach, łagodność, wydajność. Szkoda tylko, że jest dosyć drogi. Mimo to mam już kolejne opakowanie pod prysznicem :) 
  • Żel pod prysznic dla dzieci Pat&Rub - bardzo łagodny produkt, który w razie potrzeby można użyć także jako szamponu i żelu do twarzy. Kiedyś może ponowię zakup, ale teraz troche mi się znudził ;) 
  • Żel pod prysznic Palmolive Aromatherapy Relax - mój drogeryjny ulubieniec, do którego często wracam. Głównie za jego wspaniały zapach. Właściwości myjące także są bardzo dobre, dodatkowo żel nie przyczynia się do przesuszenia skóry. 
  • Żel pod prysznic The Body Shop w wersji Mohito - bardzo żałuję, że ta wersja pochodziła z limitki, bo zapach był obłędny! Cieszę się, że dzięki Ani z bloga Po tej stronie lustra miałam okazję go poznać :)



  • Żel do mycia twarzy Nuxe - łagodny żel, który przyjemnie się używało. Z drugiej strony zapach trochę zbyt mocny, jak na produkt do twarzy. Zdecydowanie wolę wersję tego żelu do ciała. 
  • Żel do mycia twarzy z peelingiem Garnier Czysta Skóra - dla mnie do codziennego użytku byłby zbyt mocny, ale z wielką przyjemnością używałam go raz w tygodniu, jako produkt peelingujący. Fantastycznie odświeża i delikatnie chłodzi skórę. Super kosmetyk w fajnej cenie! Kolejna tubka jest już u mnie.



  • Peeling do stóp Yves Rocher - fajny i wbrew pozorom bardzo wydajny peeling! Trochę mi się zmarnował, bo nie byłam w stanie go zużyć w przeciągu 6 miesięcy. 
  • Balea krem do stóp z 10% mocznikiem - pisałam o nim w ostatnim poście. Fantastyczny krem w super cenie. Nie może go u mnie zabraknąć. 
  • Bioderma krem do rąk z serii Atoderm - jak widac bardzo polubiłam ten krem i uzywam kolejnej tubki. 
  • Serum oraz krem do rąk Evree - fajne produkty, ale Bioderma spisuje się u mnie lepiej.

  • Clarins krem do twarzy z serii Multi Active - miałam wersję do cery mieszanej i bardzo byłam z niej zadowolona :) Możliwe, że kiedyś jeszcze go kupię, ale teraz mam inny tańszy krem, który jest świetny :) 
  • Serum nawilżające Princess - moio żelowej konsystencji u mnie pozostawiało taką warstewkę, której nie lubię. Z pewnością to kosmetyk idealny dla cer suchych. Moja mieszana raczej go nie polubiła. 
  • Serum Rosaliac AR - używałam miejscowo na zaczerwienienia. Fajnie koi i uspokaja skórę, a dodatku jest bardzo wydajne. Mam uz kolejne opakowanie :) 
  • Oczyszczająca maseczka do twarzy z Sephory - kosmetyk kultowy, miałam go jeszcze w starym opakowaniu. Fantastyczny zamiennik czarnej GlamGlow! Oczywiście kupię ponownie!



  • Zmywacz do paznokci Inglot - mój ulubiony, bo łagodny dla paznokci. Kupuję go niezmiennie od dwóch lat. 
  • Masa cukrowa do depilacji Sweet Skin - nie jest to produkt bezproblemowy. Stosowany zgodnie z zaleceniem producenta nie działa. Zaczęłam go używać tak, jak stosuje się wosk, czyli z paskami bawełnianymi. Ten sposób jest zdecydowanie lepszy! Niemniej jednak produkt jest bardzo mało wydajny. 
  • Zmywacz do paznokci Micro Cell - bardzo silny, choć bez dodatku acetonu, Nie kupie ponownie. 
  • Żel do mycia pędzli Bobbi Brown - przekonałam się, że taki produkt duże lepiej służy moim pędzlom, niż szampon czy mydło. Dlatego mam już kolejne opakowanie. Rewelacyjna wydajność rekompensuje wysoką cenę. 
  • Maska do włosów Collistar Magica CC - pielęgnuje włosy, nadaje delikatny odcień i ukrywa pojedyncze siwielce. Mój niezbędnik od prawie dwóch lat.



  • Kapsułki wzmacniające włosy Phyto - moim zdaniem skuteczny produkt, który warto wypróbować przy okresowym wzmorzonym wypadaniu bądź poprostu jako kuracja. 
  • Dezodorant Farfalla - mój ideał! Całkowicie naturalny, nie zawiera soli aluminium ani alkoholu! Jedyny absolutnie skuteczny naturalny dezodorant, na jaki trafiłam! A miałam juz ich dużo! Nie przestanę go używać :)



  • Pasta do zębów Blanx White Shoc - wolę chyba te klasyczne pasty marki Blanx. Ta pasta jest niesamowicie mocno pigmentowana na niebiesko. Właściwości są OK, ale bez rewelacji. Raczej nie kupię ponownie. 
  • Pasty do zębów Meridol i Himalaya Complete Care - fajne pasty, które pewnie kiedyś znowu kupię. 
  • Pasta do zębów Odol-Med 3 - kupiłam ze względu na małą pojemność idealną na urlop. I nie spodziewałam się, że tak mi się spodoba! Ta pasta fantastycznie oczyszcza zęby! Mam już pełnowymiarowe opakowanie :)



  • Tisane balsam do ust - dla mnie niezastąpiony! Nie znam niczego lepszego :) 
  • Balsam do ust Lush Honey Trap - spodziewałam się miodowego zapachu, a tymczasem czułam naftę... ;) Działanie pielęgnacyjne całkiem dobre, ale nie umywa się do Tisane :) Na pewno nie kupię ponowanie. 
  • Kredka woskowa do brwi Smashbox - fajny produkt, aczkolwiek byłam zaskoczona tym, jak szybko się skończył! Raczej nie kupię podobnie. 
  • Tusze do rzęs Dior: Diorshow Iconic, Iconic Overcurl czarny i Iconic Overcurl brązowy - uwielbiam te tusze, zwłaszcza wersję Overcurl. W chwili obecnej wróciłam do They're Real Benefitu, który przynosi podobny efekt. Chętnie kupię kiedyś ponownie Diora, kiedy pojawi się jakaś fajna promocja :) 

Cieszy mnie, że w tym denku nie pojawiły się żadne buble :) 
W ostatnim czasie wzięłam się za porządne zużywanie zapasów, przez co teraz coraz mniej kupuję:) Problem mam jedynie z kolorówką - nie jestem w stanie zużyć na przykład różu czy brązera, choć używam ich codziennie. Każde moje denko zdominowanie jest jak widać głownie przez pielęgnację. 
Dajcie znać, czy znacie coś z tej gromadki. Chętnie przeczytam Waszą opinię :)







Krem do stóp z 10% mocznikiem: Balea vs. Eucerin

Czy skuteczność i wysoka jakość musi zawsze iść w parze z wyższą ceną?
Czy kupując droższy kosmetyk mamy pewność, że będziemy zadowoleni z jego działania? Chyba każdy z nas zdążył już się przekonać, że niekoniecznie tak jest!
Na "niższych półkach" można znaleźć świetne zamienniki, czasem nawet prawdziwe perełki. 

Dlatego chciałabym częściej na moim blogu robić posty porównawcze dwóch podobnych produktów, ale z różnych cenowych półek. Rezultaty takich porównań mogą być dosyć ciekawe :) 

Dzisiaj zacznę od niepozornego produktu, jakim jest krem do stóp.
Sama przykładam ogromną wagę do działania tego rodzaju kosmetyku. Staram się dbać o skórę stóp nie tylko latem. Nie stosuję jednak nigdy żadnych pumeksów, żadnych tarek. Wystarczy mi peeling i dobry krem ;) 


Krem do stóp Balea znam i bardzo lubię. Zdążyłam już zużyć 2 tuby tego produktu, ale chciałam z ciekawości wypróbować coś nowego. A że bardzo lubię kosmetyki apteczne, wybrałam krem marki Eucerin - marki, z którą mam bardzo dobre doświadczenia. 


Zarówno Balea, jak i Eucerin posiadają w składzie 10% mocznik, i to zaraz na początku składu. W kremie Eucerin urea znajduje się zaraz po wodzie i glicerynie, natomiast w Balea mamy mocznik już na drugiej pozycji.  

Obydwa produkty mają z założenia podobnie działać: zmiękczać, pielęgnować i nawilżać skórę stóp, zmniejszać zrogowacenia, likwidować przesuszenia. Nic odkrywczego. I tu muszę podkreślić, że krem Balea radzi sobie znakomicie! Już po pierwszym użyciu widać różnicę, a po każdej kolejnej aplikacji skóra staje się znacznie bardziej miękka i wypielęgnowana. 





Krem Balea ma zdecydowanie bardziej zwartą konsystencję, niż Eucerin. Balea całkiem szybko się wchłania, pozostawia jednak taką bardzo delikatną ochronną warstewkę, która nie jest ani tłusta, ani klejąca. Spokojnie można po chwili wskoczyć w sandałki ;)
Eucerin jest lejący niczym lekkie mleczko do ciała. Wchłania się ekspresowo, ale niestety nie pozostawia uczucia nawilżonej skóry. Właściwie nie dostrzegam prawie żadnej różnicy przed i po jego zastosowaniu. Być może po dłuższym czasie pojawiłyby się jakieś efekty, ale po co czekać, skoro mogę mieć efekty od razu po użyciu innego produktu? 

Za krem Balea zapłaciłam w Austrii 1,95 Euro, natomiast krem Eucerin kupiłam w Niemczech w cenie 11 Euro. 


Wynik porównania tych dwóch produktów jest jednoznaczny - Balea zdecydowanie wygrywa pod każdym względem.
Tak jak wspomniałam na początku przykładam sporą wagę do pielęgnacji stóp, przerabiałam już dużo różnych kremów, tańszych, droższych. Krem Balea z Urea jest moim zdaniem rewelacyjny pod względem działania, a do tego kosztuje grosze. Jeśli tylko macie okazję do jego zakupu, warto się skusić!

Odżywka L'biotica Biovax bambus & avocado

Odżywkę, o której dziś opowiem, odkryłam przypadkowo w trakcie kwietniowych zakupów w drogerii Super Pharm.

Właściwie cała seria "Bambus & olej avocado" przykuła moją uwagę - bowiem wszystko, co obiecuje efekt grubszych i gęstych włosów jest u mnie zawsze mile widziane :-)
Po wstępnych oględzinach odłożyłam grzecznie na półkę szampon i maskę, gdyż zapasy tego rodzaju produktów są u mnie całkiem spore, natomiast w koszyczku wylądowała zielona tubka z odżywką :-) 
Według producenta odżywka BB (Beauty Benefit) zapewnia nam aż 7 korzyści dla włosów: 
- wygładzenie
- termoochrona
- połysk
- nawilżenie
- ułatwienie rozczesywania
- ograniczenie elektryzowania się
- łatwiejsze układanie
Starannie opracowana receptura zawiera najcenniejsze ekstrakty pozyskane z bambusa oraz spajający je olej avocado, tworzące unikalny kompleks 3D Bamboo Protect. 
Ekstrakt z korzenia bambusa - najbogatsze, naturalne źródło organicznego krzemu sprzyjającemu wzmocnieniu, zagęszczeniu oraz pogrubieniu włókien
Wyciąg z liści bambusa - dotlenia uśpione cebulki, pobudzając je do życia oraz dopingując włosy do szybszego wzrostu. 
Olejek z młodych pędów bambusa - dzieki wysokiej koncentracji witamin i minerałów wzmacnia rdzeń włosa iuodparnia go na uszkodzenia wewnętrznej struktury. 
Olej avocado - tłoczony z rosliny wiecznie zielonej, jest wyjątkowo bogatym źródłem kwasu oleinowego, emolientu trwale nawilżającego skórę i włosy. Dzieki wysokiej zawartości odżywczych kwasów Omega 3 uzupełnia braki w kompozycji lipidowej włosów. Pokrywa włókna ochronnym filmem, zapobiegając rozdwajaniu się końcówek. 


Powiedzmy sobie szczerze - obietnice zagęszczenia włosów możemy schować między bajki - żaden kosmetyk nie jest w stanie wyczarować na głowie przyrostu nowych kosmyków. Kto jednak posiada cienkie i delikatne włosy, doceni zalety odżywki Biovax BB.
Jaka jest funkcja odżywki do włosów - każdy wie. Przede wszystkim ułatwienie rozczesywania, lekkie wygładzenie i nawilżenie, nadanie blasku. Do intensywniejszej regeneracji służą maski i kuracje.

Odżywka Biovax Bambus & Avocado doskonale radzi sobie ze swoim zadaniem - włosy po jej użyciu są gładkie, lśniące, można je bezproblemowo rozczesać. 
A co dla mnie jako posiadaczki cienkich włosów najważniejsze - odżywka nie obciąża kosmyków, nie powoduje szybszego przetłuszczania! Włosy są lekkie, sypkie i ładnie się układają. 
Odżywkę można śmiało stosować po każdym myciu, ja używam jej przy co drugim. Moje włosy są zdrowe i gładkie z natury i nie mam potrzeby sięgać częściej po tego typu produkt.

Odżywka Biovax Bambus & Avocado ma idealną konsystencję lekkiego budyniu - nie za rzadką, nie za gęstą. Ujmująco piękny zapach dostajemy w bonusie :-) Uwielbiam ją wąchać! :-) 
Wystarczy nałożyć ją na umyte, lekko wyciśnięte ręcznikiem włosy na 60 sekund, po czym po prostu spłukać. 
Produkt umieszczony jest w bardzo ładnej zielonej tubie, wykonanej z miękkiego plastiku, niezwykle poręcznej i wygodnej. Cena powala na kolana, w pozytywnym sensie oczywiście :-) O ile dobrze pamiętam zapłaciłam za nią w promocji 12 złotych.

Jeśli macie cienkie delikatne włosy, niewymagające intensywnej regeneracji, jeśli potrzebujecie produktu, który ułatwi rozczesywanie włosów bez zbędnego obciążenia, to ta odżywka jest interesującą propozycją dla Was. Ja jeszcze koniecznie chcę kupić sobie maskę z tej serii. 
Cieszę się, że istnieją takie fajne polskie marki, jak L'biotica - ich produkty są atrakcyjne cenowo, a jakość jest na prawdę bardzo dobra! 
Lubię dobre kosmetyki. A jeśli do tego jeszcze nie kosztują fortuny, to już w ogóle idealna kombinacja :)



Von Samsung Mobile gesendet

Aktualny rytuał oczyszczania twarzy - Eucerin, Red Blocker, Nuxe

Oczyszczanie twarzy to podstawa i bezwzględny warunek skuteczności pielęgnacji!
Jednak nie chcę pisać o tym, co każdy z nas dobrze wie, chcę natomiast dzisiaj podzielić się z Wami wrażeniami odnośnie kosmetyków przeznaczonych do demakijażu oraz oczyszczania twarzy, których obecnie używam. 


Trochę się w tej kwestii u mnie ostatnio pozmieniało i jestem bardzo zadowolona z obecnego stanu rzeczy. 


Zacznijmy od pierwszej czynności w tym całym rytuale, jakim jest demakijaż oczu. Odkąd ponad dwa lata temu odkryłam płyn micelarny Bioderma, stosowałam go nie tylko do zmywania makijażu twarzy, ale również i oka. Takie rozwiązanie wydawało mi się wtedy bardziej wygodne (jedna buteleczka mniej na łazienkowej półce) i dlatego wszelkie płyny do demakijażu oczy poszły w odstawkę. 
Niedawno jednak przeprosiłam się z produktami dwufazowymi i to chyba na dobre. Wprawdzie nie stosuję wodoodpornego makijażu, ale na przykład mój tusz to dosyć mocny zawodnik i musiałam zazwyczaj użyć sporej ilość płynu micelarnego, aby osiągnąc zadowalający efekt. Stąd pomysł powrotu do dwufazówki. 

Ponieważ lubię kosmetyki apteczne, postanowiłam poszperać właśnie w tej ofercie i zdecydowałam się na zakup płynu niemieckiej marki Eucerin, tym bardziej, że od niedawna stosowałam już ich żel oraz tonik - ale o tym poźniej ;)
Jestem z tego produktu bardzo zadowolona! Płyn, jak i wszystkie kosmetyki Eucerin z serii DermatoCLEAN są zupełnie bezzapachowe, nie zawierają konserwantów w formie parabenów ani alkoholu, który może podrażniać. Jest niezwykle łagodny dla oczu, ale i bardzo skutecznie spełnia swoją rolę. Już niewielka ilość płynu wystarczy, aby usunąć makijaż bez zbędnego tarcia, naciągania skóry i bez podrażnien. A w dodatku mogą go używać osoby noszące szkła kontaktowe, o czym przekonałam się na własnej skórze, a raczej oku :) Jeśli miałabym znaleźć jeden maleńki minus, to przyczepiłabym się do zakrętki - moim zdaniem odpowiedniejszym wyjściem byłoby tu zamknięcie na klik. Po wymieszaniu dwóch komponentów płyn stosunkowo szybko wraca do swojej pierwotnej postaci i dlatego należy szybko działać ;) Jest to jednak taki drobiazg, z którym da się żyć, ja już doszłam do wprawy, więc nie mam z nim żadnego problemu ;) 

Drugim krokiem jest usunięcie makijażu twarzy. Tu świetnie służył mi wyżej wspomniany płyn micelarny Bioderma, którego używałam przez ponad dwa lata. Kiedy w kwietniu byłam w Polsce, chciałam jak zawsze zrobić zapas tego micelu. Nie udało mi się niestety dostać mojej wersji Sensibio AR (na zaczerwnienia, do skóry naczynkowej) w poromocji 2 w 1, z której zawsze korzystałam... Dlatego tez postanowiłam wypróbować czegoś nowszego, tańszego... Mój wybór padł na płyn micelarny Red Blocker oraz na płyn Mixa do zaczerwienionej skóry, który cierpliwie czeka na swoją kolej. 


Cóż mogę powiedzieć o Red Blockerze? Produkt stanął na wysokości zadania! Bardzo dobrze radzi sobie z usuwaniem makijażu twarzy, jednocześnie jest bardzo delikatny dla skóry. Początkowo, zanim wróciłam do dwufazy, stosowałam Red Blocker również do zmywania makijażu oczu i w tej roli także świetnie sobie radził, nie powodując żadnych podrażnień itp. Nie wiem, czy płyn micelarny przyczynia się do wzmocnienia naczynek krwionośnych, ale z pewnością działa kojąco, a do tego całkiem dobrze nawilża skórę. Mam wrażenie, że pozostawia bardzo delikatną warstewkę na skórze, co mnie akurat nie przeszkadza, bo ja micel i tak później zmywam... 

Płyn micelarny służy przede wszystkim do usunięcia makijażu, natomiast w celu oczyszczenia twarzy sięgam po żel. I to kolejna odmiana w moim rytuale, bowiem do niedawna stosowałam kosmetyki wyłącznie w formie pianki. Jednak od jakiegoś czasku kusiło mnie, aby spróbować jakiegoś fajnego, łagodnego żelu, który dobrze i jednocześnie łagodnie oczyszczałby cerę mieszaną, czyli moją. Wybór padł na markę Eucerin. 


Tak samo jak w przypadku płynu do demakijazu oczu przekonał mnie skład  niezawierający mydła, parabenów, SLSów, barwników i zapachu. Płyn ma przyjemną konsystencję gęstego żelu, który po wymieszaniu wodą staje się łagodną pianką. Po użyciu tego kosmetyku mam poczucie, że skóra jest doskonale odświeżona i oczyszczona. Świetnie się sprawdza w przypadku mojej mieszanej cery, ale myślę, że posiadaczki cery normalnej tudzież suchej także będą zadowolone :) 

Po umyciu twarzy żelem obowiązkowo używam toniku. Staram się sięgać po toniki bezalkoholowe, łagodne. I tutaj równiez skusiłam się na produkt z serii DermatoCLEAN marki Eucerin. 


Ten bezzapachowy, nie posiadający w składzie parabenów i alkoholu kosmetyk idealnie odświeża skórę i przygotowuje ją do dalszej pielęgnacji. Nie ma mowy o jakimkolwiek podrażnieniu, przesuszeniu czy ściąganiu skóry! 
To by było na tyle, jeśli chodzi o mój wieczorny rytuał oczyszczania twarzy. 

Rano zaś oraniczam się do dwóch produktów - żelu i toniku. O poranku sięgam po inny żel, niż wieczorem, a mianowicie Reve de Miel marki Nuxe. 

Żel ten jest bardzo łagodny, zupełnie się nie pieni, co generalnie nie jest dla mnie problemem, ale do wieczornego oczyszczania wolę produkty z pianką ;) Żel Nuxe jak wspomniałam jest bardzo delikatny, zawiera w 95% naturalnych składników. Warto wspomnieć, że żel dosyć intensywnie pachnie, przy czym jest to zapach przyjemny, taki trochę miodowo-kwiatowy, ale jednak mocny. Tego rodzaju zapachy wolę osobiście w żelach pod prysznic, natomiast produkty do twarzy mogłyby jak dla mnie zupełnie nie pachnieć. 
Po użyciu żelu przychodzi pora na tonik, ten sam, którego uzywam wieczorem. 


Jestem bardzo zadowolona z tych wszystkich kosmetyków. Idealnie spełniają swoją rolę, są delikatne i jednocześnie skuteczne, nie zawierają agresywnych substancji myjących i konserwujących i nie kosztują fortuny! Pokazany przeze mnie micel Red Blocker jest z pewnością ciekawą i dużo tańszą alternatywą dla Biodermy Snesibio. Produkty Eucerin z serii DermatoCLEAN potwierdziły moją sympatię do kosmetyków z apteki. Czytałam niejednokrotnie, że kosmetyki Eucerin są wycofywane z Polski. Moja przyjaciólka, która pracuje w SuperPharm, nic nie wie na ten temat... Więc mam nadzieję, że to tylko bezpodstawne plotki. 

Bardzo jestem ciekawa waszych typów oraz tego, czy znacie pokazane przeze mnie produkty!

Mgiełka utrwalająca do makijażu Inglot / Makeup Fixierspray Inglot

Nie jest to kosmetyk pierwszej potrzeby, jednak dobrze mieć go w zasięgu ręki.
Wprawdzie to raczej gadżet, ale za to bardzo przydatny! 

Obwohl es kein kosmetisches Must-Have ist, ist es trotzdem gut, wenn man es zur Hand hat :)



Zazwyczaj stosuję mineralne bądź bardzo lekkie płynne podkłady. Makijaż wykonuję o 5:30 i na ogół nie przeszkadza mi to, że popołudniu i wieczorem nie jest on już tak perfekcyjny. 
Zdarzają się jednak sytuacje, gdy ten makijaż powinien wyglądać przez cały dzień nienagannie i wtedy z pomocą przychodzi mi utrwalacz makijażu Inglot. 

Normalerweise verwende ich Mineral- bzw. sehr leichtes flüssiges Foundation. Unter der Woche schminke ich mich um ca. 05:30h morgens und es ist klar, daß am Nachmittag bzw. Abend das Make-Up nicht mehr so perfekt ist.
Es stört mich eigentlich nicht, aber manchmal gibt es Tage, an denen ich am Nachmittag immer noch frisch aussehen möchte. Da kommt die Make-Up-Fixierung von Inglot zum Einsatz! 



Wiele kosmetycznych marek ma w o ofercie utrwalacze do makijażu, ja sama nie mam z nimi jednak żadnego doświadczenia - Inglot to mój pierwszy produkt tego typu. Idealnie spełnia swoje podstawowe zadanie - trzyma makijaż w ryzach aż do momentu demakijażu! 

Viele Kosmetikmarken haben Fixierungssprays im Angebot, zu denen ich aber keinen Vergleich habe, da das Spray von Inglot mein erstes Produkt dieser Art ist. Es erfüllt perfekt seine Aufgabe - Es hält das Make-Up in Schach, bis es entfernt wird!


Mgiełka gwarantuje ochronę i świeżość makijażu, jednocześnie jest tak delikatna i lekka, że w ogóle nie czuć jej na twarzy! Nie ma mowy o jakimkolwiek zapchaniu czy też podrażnieniu. 

Na uwagę zasługuje fakt, że mgiełka nie posiada w swoim składzie alkoholu, a to rzadkość w tego typu kosmetykach. 

Inglot garantiert den Schutz und den Erhalt der Frische des Make-Ups den ganzen Tag über. Das Produkt ist so leicht und fein, dass man es gar nicht auf der Haut spürt, und verursacht weder verstopfte Hautporen noch Hautreizungen.

Bemerkenswert ist die Tatsache, dass das Spray keinen Alkohol enthält, was für diese Art von Produkten selten der Fall ist.



Makeup Fixer Inglota dostępny jest w dwóch pojemnościach - ja mam wersję 50 ml, ale jeśli ktoś sięga częściej po utrwalacze, odpowiedniejsza będzie wersja o pojemności 150 ml. 

Der Make-Up-Fixierer von Inglot ist in zwei Größen erhältlich - Ich habe die 50ml-Version. Wenn man so etwas aber öfter braucht, gibt es auch eine 150ml Flasche. 


Mgiełka nie kosztuje fortuny - zapłaciłam za nią zaledwie 21 złotych. 
Mała niepozorna buteleczka o wielkiej mocy! :)  

Das Spray kostet kein Vermögen - ich hab dafür ca. 5€ in Polen bezahlt. 

Denko luty - marzec 2016

Jedno małe śmietnisko i tyle radości! ;) Bo właśnie denkowanie sprawia mi ogromną frajdę :) 
Od niepamiętnych czasów dążę do minimalizmu kosmetycznego i chyba jestem na całkiem dobrej drodze ;) Wszelkie zalegujące zapasy staram się zużywać jak szalona, a oto i wyniki moich starań z ostatnich dwóch miesięcy:






  • fluid pielęgnacyjny pod oczy marki Lierac z serii Magnificence - bardzo lekki produkt w formie pędzelkowej, która nie należy do moich ulubionych. Fluid używałam jako serum pod oko, nakładając dodatkowo krem. Ten egzemplarz dostałam jako gratis do kremu
  • tusz do rzęs Gosh Catchy Eyes - moim zdaniem najlepszy drogeryjny tusz, jeśli zależy Wam na podkręceniu i wydłużeniu rzęs! Piękny efekt i super trwałość spowodowały, że mam już kolejne opakowanie :) 
  • tusz do rzęs Helena Rubinstein Lash Queen Fatal Blacks - miało być tak pięknie, a wyszło trochę gorzej... Tusz bardzo mocno pogrubiał, lecz cóż z tego, skoro niemiłosiernie się osypywał... Raz na zawsze wyleczyłam się z helenkowych tuszy...
  • tusz do brwi MAC - niezastąpiony, o czym świadczy kolejne zużyte opakowanie :) 
  • krem do rąk Caudalie - mimo mojej wielkiej sympatii do marki Caudalie muszę stwierdzić, że ten krem to cienki zawodnik... Nawilżenie na bardzo krótką chwilę, zero efektów, nie polecam, niestety...


  • żel pod prysznic Pat&Rub - uwielbiam ich żele! Są bardzo pielęgnacyjne i wydajne! Mój ulubiony jest z serii otulającej, ale ten relaksujący również należy do faworytów :) 
  • pianka pod prysznic Rituals - mnie akurat te pianki nie ruszają... Wolę ich olejki pod prysznic ;) 
  • mydła w kostce ze Sztuki Mydła - uwielbiam te kostki, przy czym jednak Kozimilk mnie trochę rozczarował, bo strasznie szybko się rozpuszczał... Za to Kokomak z zatopionymi ziarenkami maku fantastycznie się spisywał :)


  • serum antycellulitowe Collistar - świetny produkt! To moje drugie opakowanie i pewnie będą następne, jeśli tylko trafię na jakąś fajną promocję ;) 
  • balsam dla dzieci z Pat&Rub - to również stały bywalec w mojej łazience. Lubię bezzapachowe smarowidła do ciała, a ten balsam bardzo fajnie nawilża i pielęgnuje nawet dorosłą skórę :)


  • masła do ciała Organique Sensitive oraz kawowe - wielokrotnie zachwycałam się masłami tej marki, nie bez powodu! Po ich użyciu skóra jest długotrwale nawilżona i wypielęgnowana


  • pianka do mycia rąk Bath & Body Works - dzięki kochanemu Eskowi mogłam wreszcie sama doświadczyć, jak świetne są te pianki! Jeśli kiedyś będę miała okazję zakupów w B&BW, na pewno skuszę się na kolejne! 
  • peeling do ciała Rituals - uwielbiam scruby tej marki i obecnie posiadam jeszcze inny wariant zapachowy, który bardziej mi odpowiada, niż pomarańczowy ;)


  • fluid pielęgnujący do cery mieszanej z Origins - niestety rozczarował. Do mojej mieszanej cery absolutnie się nie nadawał. Pozostawiał połyskującą warstewkę, właściwości pielęgnujacych nie zauważyłam... Nie udało mi się go całkowicie zdenkować... 
  • micel z Biodermy - koniecznie Sensibio AR :) Uwielbiam i używam od lat!
  • tonik bezalkoholowy marki Estelle & Thild - ta szwedzka firma produkująca ekologiczne kosmetyki jest w Polsce jeszcze mało znana, a szkoda... Zarówno tonik, jak i pianka, którą jeszcze mam, są fantastyczne! Z pewnością jeszcze skuszę się na kolejny zakup.


  • maska do włosów Energizing marki Organique - polubiłam ją przede wszystkim dlatego, że jest bardzo lekka i nie obciąża moich cienkich kosmyków. Produkt absolutnie wart polecenia!
  • olejek do skóry głowy Thin Hair z Phenome - kupuje go regularnie mimo wysokiej ceny... Jedyny olejek, który tak dobrze się sprawdza, mimo, iż mam cienkie włosy skłonne do przetłuszczania. Używany regularnie wzmacnia cebulki włosowe i przyczynia się do zahamowania wypadania
  • szampon Phenome na objętość - kiedyś go lubiłam, z czasem ta sympatia nieco zmalała... Moim zdaniem szampony z Yves Rocher sprawdzają się znacznie lepiej, a kosztują dużo mniej :)


  • krem Lierac Magnificence - wersja do cery mieszanej - jak dla mnie rewelacja! Niedawno zachwycałam się nim na blogu. W tym kremie odpowiada mi dosłownie wszystko. To już mój drugi zużyty słoiczek. Obecnie robię sobie od niego przerwę, ale z pewnością jeszcze do niego wrócę
  • krem pod oczy La Roche Posay Redermic C - to także drugie zużyte opakowanie. Fajny lekki kremik, który nie podrażnia. Jeśli chodzi o działanie to na efekty trzeba poczekać, ale ten krem rzeczywiście rozświetla okolice oczu i niweluje w jakimś stopniu widoczność cieni
  • olejek do twarzy Caudalie Polyphenol - moja mieszana cera średnio go polubiła... Miałam wrażenie, że olejek słabo się wchłania, a i stopień nawilżenia pozostawiał trochę do życzenia...
  • Caudalie Vinosource - jeden produkt w dwóch formułach - nawilżający sorbet oraz matujący fluid. Obydwie formuły bardzo dobrze sprawdziły się u mnie i z pewnością skuszę się na ponowny zakup!


A na koniec trzy wyrzutki... Niestety nie dało się ich zdenkować... Największe rozczarowanie ubiegłego roku, tym bardziej, że zwłaszcza produkty Aveda są drogie... 
  • Aveda odżywka oraz szampon do włosów cienkich - nie zauważyłam żadnych właściwości pielęgnujących, szampon niemiłosiernie plątał włosy a o objętości mogłam sobie tylko pomarzyć... 
  • Origins odżywka miętowa do włosów - to jakieś nieporozumienie! Uwielbiam wszystko, co miętowe, a ta odzywka miała być idealna do włosów tłustych... Tymczasem odżywka miała konsystencję niczym rzadki szampon, a co najdziwniejsze - przy wmasowywaniu we włosy zaczynała się pienić! Nie robiła nic, nie ułatwiała rozczesywania... jedynie pięknie pachniała, ale to zdecydowanie za mało... 
Jak widać większość pustaków dobrze się sprawdziła, choć znalazło się i miejsce na parę bubelków ;) 
Oby do następnego denka! :)